Architektura VII Dnia, czyli nie wszystkie nowoczesne kościoły udają kury

20150422_101717Odważna bryła kościoła św. Jadwigi w Krakowie wg projektu Jacka Czekaja i Romualda Loeglera, fot. Piotr Kozanecki

Moim pierwszym większym tekstem o architekturze był, nieopublikowany ostatecznie nigdzie artykuł pod roboczym tytułem „Dlaczego polskie kościoły są takie brzydkie?”. Obok fascynacji ulicą Piotrkowską w Łodzi i poznaną w dzieciństwie dzięki wycieczkom z rodzicami klasyką architektury w Grecji, Paryżu i Wiedniu, współczesne polskie kościoły były jednym ze źródeł mojego zainteresowania architekturą w ogóle.

Teren Zabudowany na Facebooku – dołącz do nas

Opublikowana w grudniu książka Architektura VII Dnia, traktująca właśnie o powojennych polskich kościołach to książka z mojego ulubionego gatunku – książki, które zmieniają moje spojrzenie i każą mi popatrzeć na dany problem z zupełnie innej perspektywy.

Rozmowa z autorami książki Architektura VII Dnia, którą przeprowadziłem dla Onetu

Pierwsze, złe wrażenie z nowego kościoła pamiętam już ze swojej komunii. Do przyjęcia sakramentu przygotowywaliśmy się na początku w starej, XIX-wiecznej części kościoła św. św. Archaniołów Rafała i Michała w Aleksandrowie Łódzki, gdzie mieszkałem. Oświetlany świecami półmrok, pomalowany na złoto pewnie neogotycki ołtarz, nieco tajemniczy klimat zakamarków bocznych kaplic.

Komunię przyjmowałem jednak w świeżo wykończonej nowiutkiej części, pachnącej farbą, z ołtarzem w formie prostego stołu, w większym i przede wszystkim – jasnym wnętrzu. I nawet dziś, kiedy m.in. dzięki książce Architektura VII Dnia wiem o kościołach dużo więcej, to zawsze bardziej odpowiada mi kościół pogrążony w półcieniach. Pewnie dlatego najbardziej lubię zwiedzać stare kościoły drewniane.

Tyle osobistego wstępu, teraz do rzeczy. Napisana przez Izabelę Cichońską, Karolinę Poperę i Kubę Snopka książka to praca absolutnie znakomita i wyjątkowa.

Przede wszystkim, to pierwsze kompleksowe opisanie powojennych polskich kościołów. Nawet pierwsze ich kompletne skatalogowanie i wrzucenie na mapę ze współrzędnymi gps i podstawowymi informacjami. Już sama skala zjawiska robi wrażenie – kościołów autorzy doliczyli się 3780. Nieźle, jak na okres 71 lat, z których 44 to czas, w którym budowanie świątyń było przez państwo najpierw w ogóle zakazane, a potem utrudniane.

Po drugie, autorzy, poza tytaniczną pracą w zbieraniu materiału, zdobyli się na radykalne odrzucenie oceniania kościołów na zasadzie ładne-brzydkie. Nawet nie tyle przeciwstawiając się facebookowym profilom typu Kościoły, które udają kury, co po prostu kwestie estetyczne, kwestie gustu, wyglądu, klimatu danych kościołów całkowicie pomijając, kierując naszą uwagę na zupełnie inne aspekty.

Aspektów tych jest wiele, ale na pierwszy plan wybija się stojąca za tymi wszystkimi kościołami wspólnota. Bo zdecydowana większość z tych świątyń była budowana w bardzo niesprzyjających okolicznościach, siłami parafian, po godzinach normalnej pracy, bez żadnych dźwigów i zaawansowanych urządzeń, metodami prawie średniowiecznymi. Za każdym z tych prawie 4000 kościołów stoi więc niesamowita historia uporu, wytrwałości, wiary i umiejętności organizacyjnych kilkudziesięciu, a nieraz pewnie i kilkuset osób.

Przyczyny, źródła i fenomen zaangażowania parafian w te budowy jest opisany precyzyjnie i fascynująco. Autorzy wychodzą od nieudanej kolektywizacji rolnictwa na przełomie lat 40. i 50. i zwracają uwagę na to, że rozwinęły się wówczas dwa równoległe porządki budowlane w Polsce – państwowy w miastach i prywatny na wsiach oraz  że zaowocowało to nabyciem ponadprzeciętnych budowlanych umiejętności u sporej części narodu. A stąd już tylko krok do tysięcy nieźle przećwiczonych w budowlance „szwagrów” na gigantycznych nieraz budowach kościołów lat 80. i dwa kroki do rozwoju pierwszych deweloperów lat 90.

Pięknym odkryciem było dla mnie też spojrzenie na kościoły lat 80. (powstało ich wówczas aż 1300) jak na widoczną, namacalną i trwałą pamiątkę po „Solidarności”. I w tym momencie zataczam pętlę do początku tekstu. „Solidarność” to był ruch, w którym było w szczytowym momencie 10 milionów robotników i inteligentów. Dziesięć milionów! Trudno od takiej masy tak różniących się od siebie ludzi oczekiwać, żeby zostawili po sobie w przestrzeni jednolity i zawsze piękny ślad. I trudno wyobrażać sobie, żeby spośród 3780 kościołów wszystkie zachwycały. Pod kątem zdjęć pokazywanych w książce autorzy skupili się rzeczywiście na tych najbardziej spektakularnych, na dodatek efektownie fotografując je z drona. Trochę to moim zdaniem zaburza rzeczywisty odbiór tej architektury, bo w książce widzimy nieco ponad setkę spośród tych 3780 kościołów. Trzy procent. Ale nawet jeśli te 3 procent nie jest reprezentatywne, to przynajmniej każe zrezygnować nam z wrzucania wszystkich tych obiektów do jednego worka. Po lekturze tej książki, stojąc przed jakimś „spodkiem” albo „skocznią” zawsze już będę miał w głowie cały kontekst jego powstania. Być może nie zawsze zmieni to jego ocenę, ale przynajmniej pozwoli zrozumieć, dlaczego to tak wygląda.

Uderzyła mnie też inna rzecz. Kościoły z czasów PRL mają niezwykle odważne formy. Nieraz się z nich śmiałem i porównywałem właśnie do latających spodków lub skoczni narciarskich. Wiele z nich mogło powstać w takim właśnie kształcie dzięki osobistemu poparciu kościelnych elit, z kardynałem Karolem Wojtyłą, a potem papieżem Janem Pawłem II na czele. Czasami nawet wbrew parafianom, jak w przypadku kościoła św. Jadwigi w Krakowie. Ergo, widać po architekturze, że Kościół był wówczas, w latach 70. i 80. siłą znacznie bardziej promodernizacyjną, niż jest teraz. Co doskonale podkreślają dwie najbardziej spektakularne świątynie zaplanowane i budowane już po przełomie 1989 roku, którym odważnej, nowoczesnej formy zdecydowanie brak, czyli Licheń i Świątynia Opatrzności Bożej. Ich porównawcza analiza stanowi świetny finał książki.

Projekt nie kończy się z wydaniem publikacji. Autorzy zebrali gigantyczną bazę danych, którą zamierzają się bez oporów dzielić ze wszystkimi naukowcami, którzy chcieliby dalej fenomen powojennych kościołów zgłębiać. I kontynuują prowadzenie strony internetowej, na której dalej można wrzucać zdjęcia i publikować historie poszczególnych obiektów. Na pewno w każdej parafii żyje jeszcze sporo osób pamiętających budowę świątyni. I za każdą z nich stoi niezła historia do opisania.

„Architektura VII Dnia”

Izabela Cichońska, Karolina Popera, Kuba Snopek

Fundacja Bęc Zmiana/ESK Wrocław 2016

  10 comments for “Architektura VII Dnia, czyli nie wszystkie nowoczesne kościoły udają kury

  1. 19 września 2017 o 08:50

    spoko blog

  2. 19 września 2017 o 03:39

    podoba mi się

  3. 19 września 2017 o 00:50

    fajnym stylem pisane

  4. 15 września 2017 o 22:59

    Ciekawie napisane

  5. 22 lutego 2017 o 17:26

    oszańcowując

  6. ~Piotr
    22 grudnia 2016 o 15:33

    A nie jest przypadkiem tak, że kościoły z lat 80. były projektowane przez architektów z postmodernistycznymi ambicjami, ktorzy inaczej, niż projektując co łaska w zamian za nieskrępowaną swobodę twórczą, nie mogli tych ambicji zaspokoić?

    No i fajnie, że się ludzie angażowali. Mój dziadek się angażował – budował kościół Królowej Polski w kształcie (werble) gigantycznej korony, drugi czy nawet trzeci według tego samego projektu. Ojciec też się angażował – zbierał butelki ns tłuczkę wciskaną w elewację wymęczonego projektu jeszcze sprzed wojny, którego autorzy „nieco za długo” patrzyli na willę Savoye. Nie zmienia to faktu, że za każdym razem wzdrygam się przechodząc obok tych budynków :/

  7. ~tschort
    22 grudnia 2016 o 10:32

    No, 90% projektów właśnie odpowiada gustom lokalnej społeczności czyli jest gowniana do kwadratu a ten w Licheniu razem z toruńskim gowniany do sześcianu. Natomiast św. Jadwigi w Krakowie – robi wrażenie pomysłem, to jest dzieło. Szkoda że architektów ograniczają gusta lokalnych społeczności ale na to lekarstwa nie ma.

  8. ~jozef
    22 grudnia 2016 o 10:14

    Ten kościół św.Jadwigi to wygląda jak magazyn zboża

    • ~tschort
      22 grudnia 2016 o 10:32

      Jesteś z lokalnej społeczności?

      • ~prezes
        22 grudnia 2016 o 14:58

        Ja jestem. I faktem jest, że kiedyś przejezdny, zabłąkany Japończyk zapytał mnie pod tym kościołem: „Czy to jest centrum komunikacyjne?’. Tak więc bryła może i jest śmiała, ale nie jest uniwersalnie rozpoznawalna. Poza tym – zostawiwszy na boku kompleksy z powodu „gustów lokalnych społeczności” – trzeba przede wszystkim wziąć pod uwagę czynnik kosztów. Te śmiałe wizje bowiem ktoś musi sfinansować. Niedostrzeganie tego to głupota – ale na to też lekarstwa nie ma. I żeby była jasność – mi się ten kościół podoba, ale nie ja za niego zapłaciłem.

Odpowiedz na „~stronieAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *