Przesuwanie akcentów, czyli dlaczego zaczęliśmy mówić o reprywatyzacji

W pierwszym odcinku serialu „Narcos”, agent amerykańskiej agencji antynarkotykowej DEA, wprowadzając widza w świat przemytu kokainy z Kolumbii do USA, opisuje moment, w którym rząd Stanów Zjednoczonych dostrzegł problem. Nie wtedy, kiedy w Miami zwiększyła się ilość strzelanin. Nie wtedy, kiedy szpitale zapełniły się uzależnionymi ludźmi. Nie wtedy, kiedy na ostry dyżur zaczęły trafiać kobiety, którym pękały w brzuchach przemycane w żołądku woreczki z narkotykiem. Nie. Rząd zajął się tematem wtedy, kiedy z USA do Kolumbii zaczęła odpływać zbyt duża ilość dolarów w gotówce.

Jolanta_Brzeska_graffiti

Fascynują mnie te punkty zwrotne w polityce. O dzikiej reprywatyzacji (krótkie podsumowanie, co to w ogóle jest, dla nie znających tematu, na dole tekstu), wiadomo co najmniej od dekady, a problem roszczeń wynikający z dekretu Bieruta, ciągnie się właściwie przez całe 27 lat od transformacji. Temat podejrzanego skupywania roszczeń, przeprowadzania procesu własnościowego i odsprzedawania nieruchomości z gigantycznym zyskiem opisywała regularnie warszawska Wyborcza, a od czasu do czasu temat podejmowały inne media. Sprawą zajmowały się organizacje pozarządowe, działało Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, a później stowarzyszenie Miasto Jest Nasze. Gdy w 2011 roku znaleziono zwęglone ciało Jolanty Brzeskiej, działaczki na rzecz praw lokatorów, która kilka lat aktywnie walczyła z kamienicznikami, zarówno media, jak i trzeci sektor stanęły na wysokości zadania. Teksty o Brzeskiej powstały w większości najważniejszych tytułów prasowych, a dla NGO-sów stała się ona patronką. Jej postać jest regularnie przypominana w demonstracjach w stolicy, powstało powielane w wielu miejscach graffiti z jej wizerunkiem (na zdjęciu, fot. Wikipedia). Słowem – media i organizacje pozarządowe nie pozwoliły zapomnieć.

Co innego władza. Proces zakończył się skandalicznym umorzeniem, a głównej przyczyny śmierci upatrywano w… samobójstwie i samospaleniu. W tym samym czasie, kiedy śledztwo ws. Brzeskiej umarzano, choć z racji swojej działalności oczywiste było, że ma wielu wpływowych wrogów, którym mogło zależeć na jej śmierci, kamienicznikom zwracano kolejne nieruchomości. A Jan Śpiewak, działacz MJN, za przygotowaną przez siebie mapę reprywatyzacji stolicy, w której wykazał powiązania formalne i towarzyskie pomiędzy biznesmenami a urzędem miasta, był ciągany po sądach (proces, na szczęście, zakończył się dla Śpiewaka pomyślnie).

Jak to jest więc możliwe, że przez kilka lat ludzie organizują w jakiejś sprawie demonstracje, regularnie piszą o tym gazety, toczą debaty ludzie zajmujący się miastami w Polsce i nic się nie dzieje, władza nie reaguje, wręcz przeciwnie – kontynuuje skandaliczny proceder, chowając głowę w piasek?

Wreszcie, pod koniec rządów PO, sprawa trafia do parlamentu, przygotowywana jest ustawa, która ma handel roszczeniami ukrócić. Przygotowywana jest w Senacie, bo Sejm się zajmuje przecież najchętniej samym sobą. I ustawa nawet przez ten parlament przechodzi, ale potem trafia na biurko prezydenta (jeszcze wówczas Komorowskiego), który zamiast ją szybko podpisać, kieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego, jeszcze wydłużając proces legislacji. TK uznaje ją za zgodną z konstytucją, ustawę miesiąc temu podpisał prezydent Andrzej Duda.

Ale to jeszcze nie jest finał. Bo nagle na scenie pojawia się Zbigniew Ziobro i grzmi, że proces ws. Jolanty Brzeskiej należy wznowić. Za mównicą staje Ryszard Petru i z kamienną twarzą mówi, że problemem reprywatyzacji należy się zająć. Do prezydenta Dudy Twitterem płyną podziękowania z warszawskiego ratusza, od samej prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, cieszą się wszystkie kluby parlamentarne, politycy są bardziej zgodni, niż w przypadku podwyżek swoich pensji. Dlaczego teraz? Dlaczego nie 5 lat temu? Czemu to musiało tyle trwać, żeby oni się tym na Wiejskiej przejęli?

Dla mnie odpowiedź jest jedna, choć złożona. Zmienia się w Polsce klimat społeczny wokół miast, wokół pojęcia własności, wokół gospodarki. Przyjęcie ustawy o reprywatyzacji i aktualny szum wokół tematu, jest zasługą ruchów miejskich, stowarzyszeń, działaczy i dziennikarzy. Cegiełkę w tym procesie położyło każde spotkanie na temat przestrzeni miejskiej organizowane w jakimś domu kultury albo klubokawiarni, każda książka Filipa Springera, każdy tekst ze stołecznej Wyborczej, artykuł Edwina Bendyka czy Piotra Sarzyńskiego z „Polityki”, każde medialne wystąpienie Jana Śpiewaka i innych przedstawicieli organizacji samorządowych, walka o każdy skrawek zieleni wydzierany z rąk deweloperów, o niewycinanie drzew i o budowę ścieżek rowerowych. Każda akcja protestacyjna w przestrzeni miejskiej w rodzaju Modraszków z Krakowa, każdy patrzący władzy samorządowej na ręce serwis w rodzaju Krowoderskiej w Krakowie, każdy ruch miejski od Pociąg-Autobus-Góry (Zakopane), przez Nową Łódź, po Ludzie dla Miasta (Gorzów Wlkp.).

Nagłego zainteresowania tematem reprywatyzacji nie spowodowało żadne jedno konkretne wydarzenie. To nie były wypływające z Miami dolary. Zadecydowała o tym masa krytyczna. Do pewnego momentu jeszcze się dało mydlić ludziom oczy, albo ich kompletnie ignorować. Jeszcze 2-3 lata temu można było wygłaszać peany na cześć świętości własności prywatnej i nie dostrzegać patologii, jaką takie podejście może generować. Ale dość, przelało się.

Ale fakt, że przelało się dopiero teraz, po dziesięciu latach od założenia Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i po pięciu już latach od śmierci Brzeskiej, wystawia warszawskim politykom i klasie sądowniczej fatalną ocenę. Bo to jest wina warszawskich elit – urzędników stołecznego ratusza, adwokatów, prokuratury, posłów, senatorów, ministrów i sędziów. Prawie każdy z tych zawodów ma swój kodeks postępowania, ma swoje elitarne miejsca spotkań, ma swoje izby, rady, stowarzyszenia. Pieniądze i władzę. I tylko od Was, szanowna warszawska elito, zależało to, że szemrane interesy na stołecznych kamienicach tak długo tolerowaliście pod swoim nosem. A ilu z was brało w tym udział, to się, miejmy nadzieję, niedługo okaże.

A na koniec, dla tych, którzy o temacie reprywatyzacji czytają po raz pierwszy, krótkie streszczenie.

W 1945 prezydent Bolesław Bierut wydał dekret nacjonalizujący wszystkie grunty w stolicy. Warszawa, jak wiemy, była wówczas kompletnie zniszczona i dekret u swoich podstaw miał umożliwić szybką jej odbudowę, bez żmudnego, zwłaszcza w chaotycznych powojennych latach, poszukiwania przedwojennych właścicieli. Od skutków dekretu można było się odwołać, ale ówczesna władza zdecydowaną większość złożonych w latach 40. wniosków  odrzuciła. Ok. 25 tysięcy budynków, z których blisko połowa kompletnie zniszczona i 40 tysięcy działek hipotecznych, pozostało własnością skarbu państwa.

Po roku 1989 problem powrócił, bo do demokratycznych władz zaczęli się zgłaszać dawni właściciele lub ich spadkobiercy. Totalne nieogarnięcie złożonego procesu jedną porządną ustawą doprowadziło w końcu do tego, że prawowici właściciele lub ich spadkobiercy nie wytrzymywali trwającej długie lata drogi do odzyskania dawnej nieruchomości. Udawało się nielicznym. Ale problem wciąż istniał.

Okazję do działania zwietrzyło kilka grup dobrze sytuowanych biznesmenów, którzy wynajdywali bardzo dalekich potomków przedwojennych właścicieli, przypominali im (a nieświadomych informowali), że mają prawa do danej działki i odkupywali za niewielkie pieniądze roszczenie do niej. A potem, wykorzystując indolencję państwa, kruczki prawne i układy z decyzyjnymi osobami, doprowadzali do przejęcia działki. Jak szacuje „Gazeta Wyborcza”, w sumie do dziś zwrócono 3 tysiące działek. W 2014 roku co czwarty adres trafiał do handlarzy roszczeń.

Sprawę komplikuje jeszcze kilka kwestii. Polska podpisała z różnymi państwami szereg umów, na podstawie których wypłacała tym państwom odszkodowania za skutki spowodowane m. in. dekretem Bieruta. Potomkowie przedwojennych właścicieli to nieraz obywatele tych właśnie państw. Ich roszczenia zostały już dawno spłacone właśnie w wyniku tych umów międzynarodowych i po ewentualne odszkodowania, powinni się zgłaszać do państw, których są obywatelami.

A jak rozwiązać taki problem: przedsiębiorca Jan Kowalski wziął w 1936 roku kredyt hipoteczny na budowę kamienicy, na 20 lat. Wybudował kamienicę, część mieszkań sprzedał, część wynajął. Do wybuchu wojny zdążył spłacić 10 procent kredytu. Kamienica została zniszczona, po wojnie odbudowało ją państwo, do mieszkań wprowadziło się nawet kilkoro przedwojennych lokatorów. Kto ma dziś prawa do tej kamienicy? Spadkobiercy właściciela? Państwo? Bank (pół biedy, jeśli był to np. Bank Gospodarstwa Krajowego, istniejący do dziś, ale mógł być też taki, którego już nie ma)?

Jeszcze inną gałęzią problemu, zakrawającą już na kabaretowy numer, jest powoływanie do życia przedwojennych spółek. Zdarzały się sytuacje, że ktoś kupował akcje przedwojennej spółki „Porcelanowe Mydelniczki – produkcja i dystrybucja” na portalu aukcyjnym. Akcje takie powinny mieć jedynie wartość kolekcjonerską i jako takie były sprzedawane. Ale doszło do niejednej takiej sytuacji, że na ich podstawie, w majestacie prawa, z podpisem notariusza i wpisem do ewidencji działalności gospodarczej reaktywowano taką spółkę, powołano jej nowy zarząd i…. rozpoczęto starania o zwrot należących do spółki przed wojną działek.

  1 comment for “Przesuwanie akcentów, czyli dlaczego zaczęliśmy mówić o reprywatyzacji

  1. ~ZIWK
    23 października 2016 o 11:55

    Jest jeszcze inne dno problemu Warszawy.
    Jest nim obecna Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.
    Kłuje w oczy obecną „grupę trzymającą władzę” swoim pochodzeniem politycznym – była i jest aktywną członkinią wrogiej PO, zajmuje też stanowisko eksponowane stanowisko i to „uświęcone” osobą swojego poprzednika Lecha Kaczyńskiego.
    Dlatego jest „oczywistą oczywistością”, że musi zostać z tego stanowiska natychmiast usunięta i zniszczona.
    Od nagłego wyciągnięcia problemów reprywatyzacji, po znalezienie na działce jej męża doniczek z krzakami konopi – w tej walce wszystkie chwyty „prawne i sprawiedliwe” są dozwolone.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *