„Fantomowe ciało króla”, czyli dlaczego polskie miasta nie są takie, jak te „na Zachodzie”

Dlaczego w Polsce jest, jak jest?

Tak, czyli jak? Tak prawie jak tam, na Zachodzie. W naszym rozmawianiu o miastach bardzo często pojawiają się porównania do miast niemieckich, włoskich, francuskich, skandynawskich, szwajcarskich. Malkontenci i piewcy przewagi polskiej myśli wszelakiej nad wszystkimi myślami innymi powiedzą, że takie podejście to wyraz jakichś naszych kompleksów, ja jednak widzę w tym spokojną diagnozę naszej rzeczywistości, co pozwala nam zrozumieć własne słabości i po prostu spokojnie nad nimi pracować.fantomowe-okladka

A w zrozumieniu naszej szczególnej pozycji w świecie, pozycji kraju, który jest od wieków o krok za Centrum (czyli z grubsza Francją, Niemcami, Szwajcarią, Beneluksem, Anglią, północnymi Włochami, Austrią), ale też o krok przed swoimi sąsiadami ze Wschodu (a przynajmniej tak się czuje), pomaga znakomita książka krakowskiego socjologa Jana Sowy – „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą”. W dużym skrócie cała książka jest próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego znaleźliśmy się na takiej bliskiej prowincji Europy (nie sami, chodzi o całą Europę Środkowo-Wschodnią, a i na świecie krajów o podobnej pozycji nie brakuje) i dlaczego dopiero teraz, od 1989 roku udaje nam się ten ekonomiczno-polityczno-kulturowy dystans dzielący nas od Zachodu zmniejszać. Odpowiedź, jaką proponuje Sowa, leży bardzo głęboko w historii Europy, praźródło ma w dziedzictwie (bądź braku) Cesarstwa Rzymskiego, co pozwoliło z kolei miastom północy Włoch rozwinąć i rozpowszechnić w drugiej połowie średniowiecza system wymiany pieniężnej towarów oparty na zaufaniu, kontaktach i kredytach, który to system rozwinął się potem na zachodnią część kontynentu i który nazwano paręset lat później kapitalizmem. I który do nas nie przyszedł. Przyszły uniwersytety, ale kapitalizm już nie bardzo. Dlaczego? Tutaj na scenę wkracza nasza szlachta, która owszem, handluje, ale praktycznie tylko jednym towarem – zbożem. I tylko w Gdańsku i prawie tylko z kupcami holenderskimi, pomijając całkowicie kupców z pozostałych polskich miast – żeby utrzymać swoją dominującą pozycję w państwie.

Tyle w wielkim skrócie, Sowa brawurowo używa do swojej analizy pojęć i danych z historii gospodarki i z socjologii, ale sięga nawet po psychoanalizę. „Fantomowe ciało króla” to niełatwa, ale wciągająca i odważna książka, która pozwala nam lepiej zrozumieć nas samych. A teraz wejdźmy wreszcie w teren zabudowany.

Sowa nie daje łatwych odpowiedzi. Związki przyczynowo-skutkowe nie są proste, tylko zazwyczaj wzajemnie zapętlone. Rozwojem miast w Europie rządził splot procesów gospodarczych i politycznych, które mogły się nawzajem wzmacniać, bądź osłabiać. W każdym razie, połączenie dziedzictwa rzymskiego ze złożonym, hierarchicznym i opartym na zasadach wzajemnych świadczeń systemem feudalnym sprawiło, że w późnym średniowieczu najgęstsza sieć miast wykształciła się w prostokącie, którego wierzchołki można umieścić w Genui i Wenecji na południu i Londynie i Amsterdamie na północy. Znacznie słabsza sieć miast w Europie Środkowo-Wschodniej oznaczała słabszą wymianę handlową, a więc wolniejszy rozwój. Kluczowe dla przyszłości systemu kapitalistycznego weksle i banki kredytowe pojawiły się u nas dopiero w XVIII i XIX wieku.

Dyskutując w ostatnich latach o niskim kapitale społecznym i kryzysie zaufania, nie schodzimy raczej w naszych analizach głębiej niż do czasów zaborów (a najczęściej nasze wywody ograniczają się do czasów PRL). Sowa pisze, za amerykańskim politologiem Robertem Putnamem, że dzięki wysokiemu poziomowi aktywności gospodarczej, w późnym średniowieczu w północnych Włoszech doszło do „wyjątkowo dużej akumulacji kapitału społecznego, który pełniąc rolę smaru w maszynie społecznej wymiany, umożliwiał realizację różnego rodzaju działań grupowych – gospodarczych i politycznych”. To działa jak samonakręcająca się maszyna, bo dzięki kapitałowi społecznemu prowadzi się skomplikowane przedsięwzięcia, które owocują sukcesem i przynoszą jeszcze więcej kapitału społecznego.

Według Sowy, u nas ta maszyna nie zdążyła się w ogóle rozkręcić. Nie mieliśmy we wczesnym średniowieczu takiego zagęszczenia miast, jak we wspomnianym czworokącie. A na dodatek mieszczaństwo było często niemieckie z pochodzenia (miasta lokowano na prawie niemieckim, sprowadzano także z tamtego obszaru „zasadźców”, którzy organizowali funkcjonowanie miasta w jego początkowej fazie rozwoju). Rodząca się warstwa szlachecka zajęła się głównie eksportem surowców naturalnych, czyli przede wszystkim zboża. Ponieważ ma dostęp do ogromnych połaci terenów na wschodzie (unia z Litwą) i udaje jej się w obronie własnych interesów stopniowo zwiększać zależność chłopów (pańszczyzna), to nie musi inwestować w innowacyjność. Nie chce wzrostu siły i tak słabego dość mieszczaństwa, więc w handlu tym zupełnie mieszczaństwo pomija. Bogaci się wąska warstwa szlachecka i kupujący w Gdańsku zboże kupcy holenderscy. Jest XVI wiek i, choć wtedy jeszcze tego nie widać, Polska jest już na innej trajektorii rozwojowej niż Zachód.

Gdy na Zachodzie kształtuje się wówczas kapitalizm, podnosi się ranga miast, zwiększa się handel oraz produkcja rzemieślnicza, u nas nie występuje żadne z tych zjawisk – pisze Sowa. „Zamiast tego rozwija się gospodarka folwarczna, pojawia się wtórne poddaństwo chłopów, mieszczaństwo pozostaje zdominowane przez szlachtę, a rodzimy handel działa słabo i niemrawo”.

W drugiej połowie XVI i w XVII wieku mamy narodziny i rozkwit kultury sarmackiej. Która, delikatnie mówiąc, za terenem zabudowanym nie przepadała. Słynna szlachecka wolność, jak ocenia Sowa, „realizowała się poza i wbrew wszystkiemu co wspólne i publiczne. Była rozumiana przede wszystkim jako negatywna wolność od podatków, obowiązków, ograniczeń nakładanych przez władzę królewską i od respektowania praw innych stanów. Chodziło o wolność skojarzoną z całkowitą niezależnością osiąganą w granicach swojego ziemskiego majątku, a nie na przykład wolność wśród innych obywateli w mieście, o którym szlachta miała jak najgorsze zdanie. Uważała, że życie miejskie jest niezgodne z naturą i porządkiem ustalonym przez Boga a miasto to siedlisko złodziei i oszustów, którzy czyhają tylko na okazję, aby wzbogacić się kosztem uczciwego szlachcica” – pisze Sowa odsyłając do „Obrazu miasta w kulturze europejskiej” Marii Boguckiej.

Jak blisko już stąd do naszego dzisiejszego podejścia. Głęboko zakorzenionym w wielu Polakach ideałem domu jest rezydencja na wzgórzu, z dużą działką, ogrodem, najlepiej też sadem. Z dala od innych sąsiadów, z miastem położonym poniżej. Mało kto lokuje taki ideał np. w dużym mieszkaniu w śródmiejskiej kamienicy. Echa wolności „od” wciąż pobrzmiewają w chęci grodzenia osiedli, alergii na wszelkie przepisy ograniczające wolność stylu zabudowy, rozmiarów domu, kąta dachu, koloru, itp. W dyskusji o przestrzeni argument o wolności do dowolnego dysponowania swoim terenem jest jednym z argumentów koronnych, i myślę, że ma to swoje głębokie źródło właśnie w pobrzmiewającej w naszych kulturowych genach melodii sarmackiej. Tym bardziej, że, jak pisze przytaczana przez Sowę Bogucka, „kultura mieszczańska pozbawiona oparcia materialnego, politycznego i ideologicznego nie tylko nie była w stanie nadać swoim wartościom pozycji dominującej w społeczeństwie, jak to miało miejsce na Zachodzie Europy, ale podlegała „sarmatyzacji” – przejmowała wartości, styl życia, gusty i idee szlachty, do której starała się upodobnić”.

Fascynujący, pośrednio także związany z miastami wątek, podejmuje Sowa wskazując na skutki podatkowych przywilejów szlachty. Od końca XIV wieku szlachta i duchowieństwo, w dużym uproszczeniu, podatków nie płacą, za wyjątkiem tych, na które sami się zgodzą. A gdy nie ma podatków, to nie tylko brakuje pieniędzy w skarbcu, ale nie ma także… rzeszy urzędników, którzy te podatki wyliczają, katalogują i pobierają. A kilkaset lat temu każdy taki urzędnik był wykształconym znacznie ponad średnią człowiekiem, który zasilał mieszczaństwo. I podczas gdy m. in. na bazie urzędników państwowych zajmujących się podatkami, kształtował się na Zachodzie stan mieszczański, u nas w ogóle takie zjawisko nie zachodziło.

Gdy dzisiaj mówimy o polskich miastach, to bardzo szybko pojawia się porównanie do miast niemieckich, skandynawskich, holenderskich czy francuskich. Sami nieraz na tym blogu pisaliśmy o fajnych rozwiązaniach z Berlina, Kopenhagi czy Amsterdamu. I to też można odebrać, jako wpadanie w pułapkę jaką zastawiła na nas historia. Wspominałem już o tym recenzując książkę „Hawaikum”, bo jej fragmentem jest jeden rozdział właśnie z „Fantomowego ciała króla”. Pułapka polega na ciągłym definiowaniu samego siebie poprzez brak i negatywne porównanie właśnie do Zachodu. Sowa uważa, że ma to korzenie sięgające jeszcze dziedzictwa Cesarstwa Rzymskiego. „Słowianie = Germanie – Rzym” pisze Sowa za brytyjskim historykiem Perrym Andersonem. Świadomość tej sytuacji jest ważna i pomaga ją przezwyciężyć.

Należeliśmy do tej samej gospodarki-świata, co Zachód Europy. „Nasza gospodarcza i społeczna odmienność nie były innymi, alternatywnymi modelami, które stworzyły jakiś odrębny samoistny świat, ale nisko utowarowionym, nisko urynkowionym i słabo zmonetaryzowanym sposobem produkcji zintegrowanym z kapitalistyczną gospodarką-światem ówczesnej Europy (…) Pozycja Rzeczpospolitej w tym układzie była słaba, co wynikało z szeregu braków – od braku dostępności do dalekomorskich dróg handlowych, przez brak miast, a co za tym idzie brak mieszczaństwa (a potem burżuazji), brak większych ilości pieniędzy w obiegu (niska monetaryzacja), braku ludności (niska gęstość zaludnienia), aż po brak wyrafinowanych narzędzi niezbędnych do prowadzenia kapitalistycznych interesów (np. brak weksli i prawa wekslowego)”. I ten kompleks braku, obok sarmackiej wolności, także w naszych rozważaniach o mieście pobrzmiewa.

Kolejnym, niesamowicie aktualnym aspektem, jest kwestia naszego stosunku do modernizacji. To jest nasz olbrzymi mentalny kłopot, nasz dziedziczny garb, choć tym razem nie sięgający aż tak głęboko. Otóż przekleństwem naszej historii jest fakt, że jej najbardziej dynamiczny okres modernizacyjny, czyli XIX wiek przypadł u nas na czas zaborów. Co za tym idzie, modernizacja mentalnie kojarzy nam się z obcością. To wszystko składa się z opisywanym powyżej stosunkiem szlachty do miasta (procesy modernizacyjne w mieście mają przecież swoje źródła) i wychodzi z nas cały czas. Kiedy nasz minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski mówi w rozmowie z niemieckim dziennikiem „Bild”: „Tak jakby świat według marksistowskiego wzorca musiał automatycznie rozwijać się tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii. To ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami”, to daje idealną wykładnię tego właśnie dziedzictwa – niechętnego mieszczańskim ideałom i Zachodowi sarmatyzmu, naiwnej wiary, że modernizację możemy przeprowadzić na jakiś swojski, zupełnie inny od tego zachodniego sposób.

Raz już w historii takie podejście w znacznej mierze doprowadziło nas do upadku. Pewnie w nielicznych detalach możemy i powinniśmy się od tego Zachodu różnić. Ale jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko tego, żeby realnie i na dobre stać się tego Zachodu częścią. Żebyśmy naszym dzieciakom i wnukom zostawili takie miasta, „jak Berlin, Kopenhaga i Amsterdam”.

PS. Wiem, że książka Sowy u historyków wywołała bardzo mieszane uczucia. Nie wchodzę w tym tekście w metodologiczne dywagacje, czytałem zarzuty wysunięte przeciwko autorowi w Studiach z Dziejów Państwa z 2015 i Krakowskich Studiach z Historii Państwa i Prawa – część na pewno ma merytoryczne uzasadnienie, ale część była rozczarowującą emocjonalną reakcją z pogranicza jakichś waśni osobistych. Sowa sam przyznaje, że jego tezy są odważne, nieraz wręcz brawurowe, ale przede wszystkim – że jego książka nie jest pracą historyczną, a interpretacją znanych już historii faktów, procesów i wydarzeń poprowadzoną za pomocą narzędzi naukowych, których historycy do tej pory używali dość rzadko. I to połączenie socjologii, psychologii, ekonomii i historii dało właśnie tak ciekawy efekt.

Jan Sowa, „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesna formą”, Universitas 2011

  5 comments for “„Fantomowe ciało króla”, czyli dlaczego polskie miasta nie są takie, jak te „na Zachodzie”

  1. 15 września 2017 o 20:44

    lubie twój blog

  2. ~wredny
    16 marca 2016 o 21:28

    Dzięki za wpis. Ciekawie jest to napisane i myślę, że jest to prawdopodobne wytłumaczenie niższego rozwoju społeczno-ekonomicznego Europy Środkowo-Wschodniej. Tezy jednak nie są nowe i kontrowersyjne. Mnie już na studiach uczono o dualizmie ekonomicznym Europy: https://mfiles.pl/pl/index.php/Dualizm_ekonomiczny

  3. 14 marca 2016 o 13:23

    Ciekawy post. Zachęca do przeczytania książki. Tezy nie są wcale odkrywcze – te odnoszące się do samego rozwoju społeczeństwa pojawiają się u polskich socjologów, a te związane z rozwojem miast i mieszczaństwa na Zachodzie Europy w rozmaitych miejscach. Polecam np. „Amsterdam. Historia najbardziej liberalnego miasta na świecie” Russella Shorto o rozwoju społeczeństwa holenderskiego, holenderskiej gospodarki i w konsekwencji również miast niderlandzkich. Shorto (Amerykanin) prezentuje dość podobne podejście jak Sowa, choć oczywiście patrzy z innego punktu widzenia. :)

    • ~Piotr Kozanecki
      15 marca 2016 o 09:28

      Tak, rzuciła mi się kiedyś w oczy ta książka o Amsterdamie, trzeba będzie się z nią zapoznać też. Dziękuję za opinię, a Sowę, mimo towarzyszących książce wśród historyków kontrowersji, bardzo polecam, bo wydaje mi się bardzo aktualna

    • ~Ateora
      18 marca 2016 o 06:59

      Allochtonka jak przeczytasz to napisz recenzję na blogu. Shorto czytałam, p.Sowę czytałam fragmentami w jego innych pracach, próbowałam wysłuchać w programach ale nie dałam rady, styl mi po prostu mocno nie pasuje. Dlatego będzie ciekawa Twoja opinia:-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *