Park am Gleisdreieck w Berlinie – wzór dla polskich samorządów

 

20150716_152558

Park am Gleisdreieck. Wszystkie zdjęcia: Piotr Kozanecki

Ponad 25 hektarów w centrum wielkiego miasta. Tyle co Plac Defilad w Warszawie i nieco więcej niż Park Jordana w Krakowie. Teren przez kilkadziesiąt lat stoi pusty, robi za dziki park dla mieszkańców okolicy, jest poprzecinany torami kolejowymi. Nic, tylko podzielić na działki i sprzedać deweloperom pod biurowce. U nas byłoby to oczywiste.

Teren Zabudowany na Facebooku – polub nas i śledź kolejne wpisy!

Ale to, co oczywiste w Polsce, kraju, w którym wciąż relacja zarobków do cen jest jedną z najgorszych w UE, w którym przedsiębiorcy narzekają na zbyt sztywny rynek pracy, a pracownicy na wyzyskujące ich umowy śmieciowe, nie jest oczywiste w Niemczech – od 1945 roku jednej z najlepiej urządzonych gospodarek świata.

20150716_152255

Jak bardzo inaczej musi być pomyślany ten kraj, że ciągnących się na południe od Potsdamer Platz w stronę Schoneberga i Kreuzberga  terenów po dawnych bocznicach kolejowych nie okrojono ani o metr kwadratowy, tylko bezczelnie w całości przerobiono na park? Jak bardzo inaczej muszą być Niemcy zorganizowane, że ułożyły prawo tak, że za budowę tego ogólnodostępnego przez całą dobę parku zapłacili deweloperzy? Jak bardzo inne musi być tam podejście do własności, wspólnoty, robienia interesów? Te pytania kołatały mi się w głowie, kiedy jeździliśmy z córką rowerami po Park am Gleisdreieck w Berlinie, otwartym w 2011 roku.

Bo, choć z polskiego punktu widzenia brzmi to zupełnie niewiarygodnie, to Niemcy zrobili właśnie to, co streściłem powyżej.

Gleisdreieck stało się terenem kolejowym pod koniec XIX wieku i było nim do końca drugiej wojny światowej. Podział Berlina na sektory okupacyjne i późniejsza budowa muru poważnie utrudniły ruch pociągów w mieście, więc od lat 60. bocznice zaczęły zarastać, a budynki niszczeć.

20150716_151901

Zakusy na zabudowę pojawiły się już w latach 70. XX wieku, i już wtedy protestowali mieszkańcy okolicy, którzy w naturalny sposób zaczęli coraz częściej korzystać z tego fragmentu miasta jak z przestrzeni zielonej. Nie jest to więc żaden wynik panującej w ostatnich latach mody na parki, pieszych, rowerzystów, knajpy, ruchy miejskie, Jana Gehla i inną hipsterię. To się działo już 40 lat temu. To, w sensie protestów mieszkańców przeciwko zabudowie wszystkiego, co zabudować się da.

Nie dotarłem do żadnej szczegółowej dokumentacji, ale wyobrażam sobie, że przez te 40 lat okazji na to, żeby Gleisdreieck sprzedać i pokryć siatką wieżowców z mieszkaniami i biurami musiało być mnóstwo. Ale żadna władza Berlina z takiej okazji nie skorzystała. Mało tego, w 2006 roku rozstrzygnięto konkurs na zagospodarowanie terenu. Kilka lat trwały prace koncepcyjne, podczas których odbyła się niezliczona ilość spotkań z mieszkańcami okolicy, których to mieszkańców uwagi zostały w znacznej mierze uwzględnione w pracy nad projektem. A najciekawsze jest to, że jak pisze Katarzyna Fojlanty, doktorantka na Politechnice Warszawskiej, w krótkim referacie o Parku Gleisdreieck, „teren przeznaczony pod park znajduje się w sąsiedztwie Potsdamer Platz, który stał się miejscem licznych inwestycji po zjednoczeniu Berlina. Według prawa niemieckiego przy tak dużym założeniu inwestor musi w innej lokalizacji (najlepiej pobliskiej), „oddać” miastu tereny zielone. Fundusze na budowę tego parku pochodzą więc od deweloperów Potsdamer Platz, Leipziger Platz i Deutsche Bahn, nie zaś z podatków mieszkańców”.

20150716_152351

Nooo, już widzę Echo Investment i inne JW. Construction, Gremi Hajdarowicza i Atal, jak ochoczo dogadują się ze sobą, żeby przy okazji wyciskania kolejnych metrów powierzchni użytkowej wydać po kilka milionów złotych na jakąś przestrzeń publiczną. Już słyszę, z jakim entuzjazmem o tym mówią, nie narzekając wcale, że i tak płacą przecież wysokie podatki, koszty pracy takie wielkie, a biurokracja taka straszna, a wydajność pracy polskiego pracownika taka niska.

Ale jednak to się da zrobić. Dało się w Berlinie i całkiem sympatycznym post scriptum do tego wpisu jest informacja z Krakowa, że urząd miasta dogadał się z portugalską firmą Gerium i za 26 milionów złotych odkupi tereny Zakrzówka, żeby przeznaczyć je na park.

[Wstawka dla nie znających Krakowa: Zakrzówek to położony ok. 3 km od Wawelu stary kamieniołom, zalany wodą, która utworzyła dwa połączone wąskim przesmykiem zbiorniki, otoczone wapiennymi, sięgającymi kilkunastu metrów nad taflę wody skałami. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc Krakowa, od lat turystycznie ani rekreacyjnie niezagospodarowane. Przez ostatnie kilka lat próby budowy w okolicy Zakrzówka osiedla podejmowała firma z Portugalii, właściciel części gruntów, ale konsekwentne protesty mieszkańców i skomplikowane kwestie proceduralne sprawiły ostatecznie, że, po żmudnych negocjacjach, miasto odkupi od Gerium wspomniane grunty i przeznaczy je na park. Inna sprawa, że, gdyby tę decyzję podjąć 10-15 lat temu, cena byłaby znacznie niższa. Koniec wstawki.]

20150716_153534

A sam Park am Gleisdreieck? Przede wszystkim – świetnie położony. Bardzo blisko najbardziej luzacko-imprezowej dzielnicy Berlina, czyli Kreuzbergu. Dwa kilometry od Placu Poczdamskiego. Zagospodarowanie? Rzekłbym, proporcjonalnie. Są dwa spore place zabaw dla dzieci. Jest sporo ławek. Są ścieżki rowerowe, dużo pamiątek po kolejowej przeszłości tego miejsca, jest niemała część pozostawiona z zupełnie dziką roślinnością. Jest bardzo duży teren po prostu z równiutką trawą. Skatepark i niewielki amfiteatr. I to wszystko się tam bez problemu mieści, nie ma wrażenia, że czegoś tam za dużo „naćkano”, absolutnie nie jest tak, że każdy metr kwadratowy parku zaplanowano na jeden tylko cel – sporo powierzchni daje po prostu bardzo różnorodne możliwości ich wykorzystania.

Świetne wrażenie robią też fragmenty torów i inne pokolejowe ślady. Wśród nich wyróżniają się aż 33 stalowe mosty kolejowe nad Yorckstrasse, która dzieli park na dwie części. W użytku pozostaje jeszcze 10 z nich, prawdopodobnie niektóre zostaną rozebrane, ale na pewno co najmniej kilka pozostanie jako pamiątka po kolejowej przeszłości Gleisdreieck.

Na koniec, żeby nie wyszło, że wszystko jest tak niezwykle fajnie i nie ma wad. Park jest duży, można do niego wejść z wielu miejsc i jego utrzymanie sporo kosztuje. Zdarzały się niestety akty wandalizmu, sporo pieniędzy idzie także na czyszczenie graffiti. Nie jest też tak różowo, że Niemcom wszystkie inwestycje wychodzą znakomicie, bo przykłady lotniska Berlin Brandenburg, opery w Hamburgu albo dworca w Stuttgarcie wskazują, że także nasi zachodni sąsiedzi popełniają mnóstwo błędów. Ale Park am Gleisdreieck to jest dla wszystkich polskich samorządowców wzór do tworzenia nowych terenów zielonych. Oby krakowski Zakrzówek był nad Wisłą zwiastunem większej ilości tego typu działań.

20150716_152214

20150716_153552

20150716_155541

20150716_155143

20150716_155028

20150716_154107

20150716_155138

  123 comments for “Park am Gleisdreieck w Berlinie – wzór dla polskich samorządów

  1. 11 marca 2017 o 12:15

    umiesz zainteresować tematem

  2. 25 lutego 2017 o 14:25

    Zgadzam się z tezą

  3. 9 listopada 2016 o 13:00

    niepozdrapywanie

Odpowiedz na „~LesławAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *