Jak z dzieckiem zwiedzać modernistyczne osiedla

- Tato, a co będziemy dzisiaj robić – pyta siedmiolatka drugiego dnia w Berlinie. Spokojnie, w tym roku to był drugi dzień, ale wcześniej córka była już w Berlinie trzykrotnie. Pierwszy dzień upłynął na jeżdżeniu metrem i kilku godzinach w Muzeum Historii Naturalnej.

- Pojeździmy rowerami po Berlinie – odpowiadam, mając cień nadziei, że to wystarczy.

- Super! Ale gdzie pojeździmy?

-Yyyy, po parkach i po takich…. osiedlach – słyszę sam siebie i nie bardzo wierzę, że to w ogóle mówię.

- Osiedlach? – nie dowierza córka, a żona patrzy na mnie zrezygnowanym wzrokiem.

- Tak, obejrzymy parę bloków – mówię i szybko dodaję: I przejedziemy przez parę parków, a w jednym z nich będzie plaża.

- Plaża? Super – cieszy się córka, a ja zaczynam porządkować w głowie jakąś opowieść, która uzasadni córce i żonie to, że gonię je po Berlinie, żeby obejrzały ze mną, nie bójmy się tego słowa, bloki.

20150715_113456 Blok zaprojektowany przez Waltera Gropiusa na osiedlu Siemensstadt, fot. Piotr Kozanecki

Oj, spore wyzwania stawia przed swoimi miłośnikami modernizm. A ja nawet za takiego miłośnika się specjalnie nie uważam. Więcej dostrzegam wad niż zalet tego systemu wartości, teoria, jak to często niestety bywa, była piękniejsza od praktyki, miasto zbudowane całkowicie na modernistyczną modłę wydaje mi się koszmarem, wymyślone przez modernistów wielopasmowe drogi w centrach podobnie, a rewolucyjne zamiłowanie do równania z ziemią wszystkiego, co stare, kojarzy mi się totalitarnie. Ale jednocześnie doceniam to, że u źródeł modernizmu stały próby rozwiązywania największych problemów ówczesnych miast, z koszmarnym, niewyobrażalnym już dziś w UE przeludnieniem na czele. Że był to do dziś właściwie ostatni spójny, kompletny zespół zasad, którymi mogli się kierować architekci i urbaniści, że wszystko, co przyszło później, jest już jednak bardzo płynne, niejednoznaczne, że nasza dzisiejsza fascynacja ścieżkami rowerowymi, zagęszczaniem miast i budowaniem kolejnych parków, nie niesie takiej teoretycznej mocy, jaką niecałe sto lat temu musieli czuć Le Corbusier, Mies van der Rohe i spółka. I że jednak starali się myśleć do bólu pragmatycznie i prospołecznie, a dziś myśli się kategorią niskich kosztów i wysokich zysków. A prospołeczne podejście i wysokie zyski, zwłaszcza obliczone na krótszą perspektywę, nie idą ze sobą w parze.

Trzeba przyznać, że jest mnóstwo miejsc, które zwiedza się łatwiej. Każdy, nawet podrzędny zamek ma swoją legendę, słit focię można zrobić romantyczną i malowniczą, na jakiś murek albo skałkę się wdrapać. Stare miasto i ryneczek takie miłe, kawka pod parasolką, spacer wąskimi uliczkami, biegać można, bo samochody nie jeżdżą. Nie trzeba wiedzieć wiele o gotyku, żeby dać się porwać kościołowi Mariackiemu, nie trzeba pamiętać zasad rządzących planowaniem średniowiecznych miast, żeby na rynku w Krakowie, Wrocławiu albo Poznaniu poczuć się po prostu fajnie. Ale osiedla? Blokowiska wręcz? Trzeba coś o nich wiedzieć, bo inaczej można przez nie przejechać i w ogóle ich nie zauważyć.

Kiedy więc dojeżdżamy na pierwsze z sześciu modernistycznych osiedli Berlina wpisanych listę światowego dziedzictwa UNESCO (Siemensstadt), moje dziewczyny z niedowierzaniem pytają, czy to na pewno już. Rozglądamy się zsiadamy z rowerów, na rogu jest kawiarnia, poranna pora w sam raz na kawę i rogalika.

Przed chwilą przejechaliśmy Goebelstrasse, spory kawałek wzdłuż długiego na 500 metrów, nieznacznie wygiętego bloku. Od strony ulicy niestety zaniedbanego, tworzącego nieprzyjemną szarą ścianę. Ale już po drugiej stronie, prostopadle do niego stoją czteropiętrowe piaskowe bloki, z ceglanymi wykończeniami i półkolistymi balkonami. A naprzeciwko naszej kawiarni bloki surowsze, bielutkie, z ciemnoszarymi wykończeniami i ogrodami na dachach. Siedzi się przyjemnie, żona stwierdza, że wersja piaskowa jej się nawet podoba, a córka chce po prostu zrozumieć, po co tata ją tu ciągnął.

20150715_113541Blok zaprojektowany przez Hugo Haringa, fot. Piotr Kozanecki

Zaczynam od obrazka z dziewiętnastowiecznego miasta. Bo żeby docenić takie miejsce, jak Siemensstadt, w którym się znajdujemy, trzeba sobie wyobrazić, że sto lat temu życie w uwielbianych przez nas kamienicach, było dla większości ludzi koszmarem. Masowa migracja ludzi ze wsi do miast, do pracy w gwałtownie rozwijającym się przemyśle, wytworzyła ogromny głód mieszkaniowy. Ludzie gnieździli się po 10 osób w jednym pokoju, bez  łazienki i dostępu do bieżącej wody. Zdarzały się sytuacje, gdy na jednym łóżku spały dwie osoby pracujące na różne zmiany – dzieliły czynsz na pół, korzystając z miejsca przez 12 godzin na dobę. Ten stan to nie był wyjątek. To była reguła od Manchesteru po Warszawę, zresztą pod kątem warunków mieszkaniowych stolicę Polski poruszająco opisał w swojej najnowszej książce „13 pięter” Filip Springer. Szczury, brud, karaluchy, przeciekające dachy, grzyb, tłok… Szanse na lepsze życie – niewielkie.

Od strony architektury i przestrzeni próbę polepszenia życia robotników podjęli właśnie moderniści. Zamiast niepraktycznych, ciasno ustawionych obok siebie kamienic proponowali luźniej rozstawione budynki pozbawione zbędnych ozdób. Z większymi oknami, łazienkami i nierzadko kuchniami. Dookoła, zamiast brukowanej albo błotnistej ulicy i kolejnych kamienic tuż obok – drzewa i trawniki. Słońce, zieleń i powietrze. W niektórych budynkach wspólne pralnie, w innych żłobki i szkoły dla dzieci pracowników. Bloki miały być łatwiejsze w budowie i miały powstawać szybciej niż kamienice, dzięki użyciu prefabrykowanych materiałów. A co za tym wszystkim idzie – miały być tańsze i dostępne dla mniej zamożnych części społeczeństwa.

Tutaj dochodzimy do współczesności. Takie planowanie wymagało sporych terenów i dużych pieniędzy na początek. Potencjalny zysk był niepewny i odsunięty w czasie, bo nie było rozwiniętego rynku kredytów hipotecznych dla indywidualnych osób. Można wręcz powiedzieć, że w większości przypadków, kiedy przed II wojną światową stawiano osiedla, to w ogóle nie chodziło o to, żeby ktoś na nich zarobił pieniądze, a o to, żeby jak największej liczbie ludzi zapewnić godziwe warunki do życia. Ogromną rolę w powstawaniu takich miejsc, jak Grossiedlung Siemensstad pełniły władze państw i miast. Udostępniały tereny, dawały spółdzielniom niskooprocentowane pożyczki na budowę, pomagały w budowie infrastruktury, dawały dużą rolę miejskim planistom.

Dziś, przynajmniej w Polsce, sytuacja wygląda niestety znacznie gorzej. Nie mamy oczywiście takiego problemu przeludnienia, jak na początku XX wieku, ale głód mieszkaniowy na pewno występuje. Ale takiego osiedla, na jakim siedzimy, nikt nam nie wybuduje. Na tak ogromnym terenie wybudowano by kilka razy więcej mieszkań. Droga powstałaby kilka lat po oddaniu pierwszych z nich, a i tak byłaby za wąska, żeby bez korków pozwolić wszystkim mieszkańcom wyjeżdżać i wracać. Każde mieszkanie miałoby oczywiście łazienkę i toaletę – tego osiągnięcia modernistów już raczej nikt nam nie zabierze – ale zieleń zastąpią raczej miejsca parkingowe, rzadko kiedy pojawią się jakieś drzewa. Nie będzie praktycznie żadnej wspólnej przestrzeni – podwórka zostaną ogrodzone i podzielone pomiędzy bogatszych lokatorów, których stać było na mieszkanie na parterze. O żłobek, przedszkole, szkołę, przychodnię zdrowia teoretycznie powinno zatroszczyć się państwo, ale osiedli powstaje tyle i całość jest tak chaotyczna, że nie ma na to pieniędzy ani organizacyjnych możliwości.

Taka rama tworzy zupełnie inny obraz do miejsca, w którym siedzimy. Czujemy instynktownie, że jest ono pod wieloma względami przyjazne do życia. Bloki wydają się niemal współczesne, ale po chwili zastanowienia można zauważyć, że jednak odbiegają nieco od tego, co znamy z dzisiejszej Polski. Mają jakieś wady? Oczywiście! Ale więcej o nich, o Grossiedlung Siemensstadt i pozostałych osiedlach Berlina, wpisanych na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, w kolejnych wpisach.

PS. Żona już powyższą opowieść znała, więc kręci trochę nad kawą z niedowierzaniem głową, że znowu dała mi się w coś takiego wciągnąć. Córka grzecznie wysłuchała i cieszy się na kolejny punkt wycieczki – położony nieopodal park Jungfernheide. Ale po minach obu wiem, że jeszcze na kolejne osiedle dadzą się tego dnia zaprosić.

  3 comments for “Jak z dzieckiem zwiedzać modernistyczne osiedla

  1. 8 marca 2017 o 01:08

    dzięki za ciekawą historię

  2. 9 listopada 2016 o 00:30

    nierozerznięty

  3. ~Andrzej
    4 października 2015 o 16:19

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *