8 rzeczy, które mówi nam dziś Jane Jacobs

Ponad 50 lat temu powstała w USA książka, która w dzisiejszej Polsce jest zdumiewająco aktualna. Jane Jacobs, urbanistka i myślicielka w publikacji pt. „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” opisała dogłębnie, jak działają miasta. I choć pisała wszystko na przykładzie Nowego Jorku, to jej spostrzeżenia są tak uniwersalne, że do dziś powinniśmy korzystać z jej pomysłów. To jedna z najważniejszych książek o miastach, jaką kiedykolwiek napisano.

Teren Zabudowany na Facebooku – polub nas i śledź nasze kolejne wpisy

Oto 8 rzeczy, których powinniśmy się nauczyć od Jane Jacobs.

1. Kluczowym elementem miasta jest ulica. Powinna mieć wyraźne rozgraniczenie na przestrzeń publiczną i prywatną, musi być obserwowana przez jej „naturalnych właścicieli” i powinna mieć szeroki i cały czas użytkowany chodnik. Taka ulica jest jednocześnie żywa i bezpieczna. Budynki powinny stać do niej frontem, aby łatwo można było ją obserwować (a taką zwykłą, pozbawioną detektywistycznych zapędów, ciekawską obserwację, Jacobs uważała za całkowicie naturalną). Stała obserwacja ulicy „naturalnych właścicieli” ma działanie prewencyjne. Podobnie jak ciągła obecność na niej ludzi. A to można osiągnąć tylko poprzez mieszanie na tej ulicy różnorakich funkcji. Zdrowa ulica powinna „żyć” od wczesnych godzin porannych do późnych godzin nocnych, bo tylko wtedy nie będzie istniało niebezpieczeństwo, że wkradnie się na nią pustka, a razem z pustką – przestępczość. Na idealnej ulicy są wcześnie otwierane sklepy, dzieci bawią się na szerokich chodnikach, później otwierane są punkty usługowe i drobny przemysł, po południu działają wciąż kawiarnie, puby, instytucje kulturalne, przyjeżdżają dostawcy z towarami na następny dzień.

Bezpieczeństwo i wielofunkcyjność to najważniejsze pojęcia dla idealnej ulicy. A bezpiecznie jest wtedy, kiedy są ludzie. Ludzie są wtedy, kiedy mają powód, by być. Widok ludzi przyciąga innych ludzi. Wszystkie procesy się zazębiają, ułomność jednego z nich, nieuchronnie prowadzi do degradacji całości.

Jane_Jacobs

Jane Jacobs w 1961 roku, fot: Phil Stanziola – New York World-Telegram and the Sun Newspaper Photograph Collection, Library of Congress

2. Miastem rządzi fenomenalny porządek, który tylko wygląda chaotycznie. To tysiące małych procesów, wzajemnie na siebie oddziałujących. Sporą część książki Jacobs poświęca na to, żeby to czytelnikowi uświadomić, opisać te procesy, zastanowić się nad ich wzajemnymi relacjami. Jednak najpiękniej widać to we fragmencie o „balecie na Hudson Street”, gdzie na kilku stronach Jane Jacobs opisuje życie swojej ulicy od momentu, kiedy rano wychodzi wystawić kubeł ze śmieciami. – To bardzo prozaiczna czynność, ale podoba mi się moja rola i cichy brzdęk klapy, który roznosi się, kiedy środkiem sceny do gimnazjum idą stadami uczniowie rzucając papierki od cukierków. (Dlaczego jedzą tyle słodyczy o poranku?) – zaczyna swój niemalże poetycki opis i kończy go jakże ważnym zdaniem: „Kiedy na Hudson Street widzisz kogoś trzy lub cztery razy, zaczynasz się witać skinieniem głowy. To prawie jak początek znajomości, rzecz jasna znajomości publicznej”.

3. Parki same w sobie nie niosą żadnej poprawy życia w mieście. Mogą nawet nieść jego pogorszenie.

O co chodzi? O to, że o pozytywnym wpływie parku na okolicę decyduje… właśnie ta okolica. Jacobs jest bardzo daleka od prostego fetyszyzowania otwartych, zielonych przestrzeni, uważając, że mogą one bardzo negatywnie wpływać na swoje otoczenie, głównie ze względu na to, że „strefa graniczna” (np. długie ogrodzenie parku) staje się martwym miejscem, potencjalnie niebezpiecznym. Żeby park był prawidłowo użytkowany, strefa graniczna powinna być możliwie płynna, czyli ulica powinna częściowo wchodzić do parku, a park częściowo wychodzić na ulicę, wzajemnie „zapraszając” do siebie swoich użytkowników.

Wydaje mi się, że w tym przypadku wychodzi częściowo różnica czasowa i kulturowa w stosunku do tego, co mamy dzisiaj. Jacobs ogromną uwagę zwracała na bezpieczeństwo, a za przyczynę jego występowania uważała głównie pustkę. Jednak dzisiejsze parki w Polsce nie są miejscami uważanymi za szczególnie niebezpieczne i wiele z nich znajduje się właśnie w takiej strefie, że pełnią funkcję stricte rekreacyjną i nie przenikają się z innymi funkcjami miasta. Park Jordana z Błoniami w Krakowie czy park Zdrowie w Łodzi są dużymi połaciami zieleni DO KTÓRYCH specjalnie się przyjeżdża, a nie przechodzi przez nie przy okazji. A jeszcze ciekawszym przykładem jest park Tiergarten w centrum Berlina, który ze względu na swoje położenie i układ ścieżek rowerowych i ulic jest parkiem „tranzytowym” – mnóstwo ludzi przejeżdża przez niego w drodze do pracy i z powrotem.

Co jest jednak ciekawe i warte zapamiętania w rozumowaniu Jacobs, to fakt, że sam park nie musi zawsze z definicji poprawiać okolicy i że bardzo ważne jest jego usytuowanie w otoczeniu, np. unikanie długich na kilkaset metrów płotów bez możliwości wejścia do środka – a to już jest rzecz, którą absolutnie w polskich parkach można poprawić, tym samym zapraszając do parków więcej ludzi i ułatwiając ich funkcjonowanie.

4. Dzielnica musi być wielofunkcyjna. Monofunkcyjność to zło!!!

Jacobs odkryła i opisała coś, co do władz naszych miast jeszcze nie dotarło. I raczej długo nie dotrze. Biznes-parki, inkubatory przedsiębiorczości, kampusy uniwersyteckie, zamknięte osiedla – to wszystko niszczy miasto. Są to miejsca, które „żyją” tylko w pewnych godzinach dnia, pozostając przez większość czasu pustymi, smutnymi terenami, dotkniętymi, jak pisze Jacobs „wielką zarazą nijakości”. Teoretycznie rzecz ujmując, projektowanie miasta w taki sposób: tu pracujesz, tam mieszkasz, tam robisz zakupy, a tam się relaksujesz, jest bardzo kuszące. Źródłem takiego myślenia jest pochodząca jeszcze z XIX wieku idea miasta-ogrodu oraz utopie Le Corbusiera i innych modernistów. Ale co najmniej od 50 lat powinniśmy już wiedzieć, że takie miasto nie działa dobrze. Mieszkańcy osiedli przeżywają codzienny horror w korkach wyjeżdżając do pracy i z niej wracając. W swoich biurowych miasteczkach są skazani na codziennie to samo jedzenie ze stołówki zakładowej (o ile takową mają), bo z samego biura więcej restauracji się nie utrzyma. Podobnie z innymi lokalami handlowymi – jeśli mają stać puste przez większą część dnia – nie będą się pojawiać w ogóle.

W polskich miastach widzimy ten negatywny proces co najmniej w trzech aspektach. Po pierwsze, mamy gigantyczne strefy ekonomiczne i siedliska biurowców. O ile duże zakłady przemysłowe potrzebują sporo miejsca i nie zawsze chcielibyśmy je widzieć w sąsiedztwie innych zabudowań, o tyle skupione w jednym miejscu biurowce są zwykle nudnym, ponurym miejscem, niczego nie wnoszącym do tkanki miejskiej, nie dającym pracownikom żadnej wartości dodanej, nie generującym życia, nie pozwalającym otoczeniu na rozkręcenie się ekonomicznie. Po drugie, mamy rozlane przedmieścia, które z kolei stają się sypialniami pozbawionymi zwykłego życia ulicznego (często w ogóle pozbawionymi chodników) właściwie przez cały dzień. Ich mieszkańcy skazani są często na podróż samochodem nawet po bułkę do spożywczego. Po trzecie, atrakcyjne do niedawna lokalizacje w mieście są przejmowane przez siedziby banków, co dzieje się kosztem innych lokali. A banki, jak wiemy, zamykane są o 17, czasem o 18. I coraz częściej zamiast różnorodnych śródmiejskich funkcji handlowo-usługowych, dostajemy ciąg eleganckich, ale niszczących miejskie życie instytucji.

Co do powstawania biurowych biznes-parków, nie mam złudzeń – będą powstawać dalej. Co do przedmieść, obawiam się, że w ciągu najbliższych lat także, ale o tym się pisze i mówi coraz więcej, możliwe że proces zostanie chociaż spowolniony. Co do punktu trzeciego – tutaj wejść powinny miasta z odpowiednią polityką lokalową, bo pozostawienie całego tego procesu wolnemu rynkowi poprowadzi do degradacji wielu atrakcyjnych terenów (co zresztą też opisuje Jacobs – w pewnym momencie dochodzi do sytuacji, gdzie banków jest w danej okolicy tak dużo, a pozostałych lokalów tak mało, że dotychczas atrakcyjna okolica, przestaje nią być. Banki zaczynają się wynosić, lokale stoją puste, degradacja postępuje dalej, teren staje się nieprzyjemny, dostaje etykietkę niebezpiecznego, wynoszą się kolejne podmioty gospodarcze. Odzyskanie takiego miejsca z powrotem dla miasta trwa długie lata). Przykładów Jacobs podaje znacznie więcej, to jeden z ważniejszych fragmentów jej książki.

5. Kwartały ulic powinny być małe.

To banalny w swojej prostocie, ale ważny postulat. Długie ulice, z których nie można się wydostać, stają się martwe, nikt nie chce po nich spacerować. Gęsta siatka sprzyja handlowi, kontaktom, ruchowi. Im więcej sposobów dotarcia z punktu A do punktu B, tym korzystniej. Dlatego też takimi „killerami” przestrzeni są jakieś wielkie obiekty, przez które nie można przejść na długim odcinku. Przypomnijcie sobie, jak wyglądają w polskich miastach okolice torów kolejowych. To samo tyczy się dwupasmowych dróg bez skrzyżowań na dłuższych odcinkach.

jane-jacobs

6. Im więcej przestrzeni zapewniamy samochodom, tym bardziej potrzebujemy z nich korzystać.

Jacobs dostrzegła 50 lat temu to, do czego wciąż w Polsce przekonać daje się niewielu. Otwieranie kolejnych parkingów i dróg nie tylko prowadzi do zwiększenia ilości samochodów, ale także do tego, że drogi i parkingi zabierają przestrzeń. A jeśli zabierają przestrzeń, to zwiększają odległości. A gdy zwiększają odległości, to wymuszają korzystanie z samochodu. A co za tym idzie, zmniejszają efektywność komunikacji miejskiej i zniechęcają do korzystania z rowerów i chodzenia pieszo.

Rozdział poświęcony ruchowi samochodowemu jest, z dzisiejszego i „polskiego” punktu widzenia, jednym z najważniejszych. Jacobs udowadnia na przykładzie Los Angeles, że nie ma żadnego punktu równowagi, do którego da się dotrzeć jeśli chodzi o zwiększanie możliwości poruszania się prywatnymi autami. „System transportu zbiorowego LA, uważany kiedyś za najlepszy w USA, upadł do poziomu niewydolnej resztki transportu publicznego, a presja związana z parkowaniem prywatnych aut rośnie tam cały czas. Kilka lat temu – pisze Jacobs w roku 1960 – dwa miejsca parkingowe na lokal mieszkalny uważane były za w pełni wystarczające. Obecnie nowe budynki oferują trzy miejsca parkingowe na lokal, bo żadna mniejsza liczba nie byłaby wystarczająca w mieście, gdzie bez samochodu trudno kupić paczkę papierosów”. Jacobs pokazuje jasno, że dodawanie kolejnych wielopasmowych dróg „rozciąga” miasto, pustoszy je, sprawia, że staje się niefunkcjonalne, koszty utrzymywania tras i zanieczyszczenie powietrza rosną i żyje się coraz gorzej.

Jeśli jednak komuś wydaje się, że Jacobs w prostolinijny sposób chce po prostu pozbyć się samochodów z miast, jest w błędzie. Ograniczanie ich ruchu – tak, ale jego całkowite usuwanie – zdecydowanie nie. Autorka jest świadoma tego, że auta są niezbędne do zaopatrywania sklepów, restauracji i punktów usługowych, a poza tym ich całkowite wyeliminowanie ze znacznych obszarów miasta byłoby sprzeczne z nadrzędną zasadą – unikania monofunkcjonalności. Ale co najmniej 20 lat przed Janem Gehlem postulowała umiejętne, stopniowe, rozłożone w czasie utrudnianie samochodom poruszania się po mieście – aby ożywiać miejskie życie, ułatwiać poruszanie się pieszym i rowerzystom i jak najbardziej efektywnie wykorzystywać miejską przestrzeń.

7. Czym powinien zajmować się urbanista (czyli zawód, którego znaczenie w Polsce jest w tej chwili marginalne)?

Celem urbanistyki powinno być pobudzanie miejskiej żywotności. Trzeba stymulować i katalizować jak największą liczbę funkcji i użytkowników w każdej z wielkomiejskich dzielnic. Zapewniać ciągłość sieci lokalnych społeczności, regenerować dzielnice biedy, przezwyciężać niszczycielski wpływ granicznych pustkowi i rozjaśniać wizualny porządek miast. I banalnie proste i piekielnie trudne zarazem…

8. aleossowohulehoziztymymiassami…?

Jacobs kończy swoją książkę w sposób skomplikowany, ale efektowny. Pokazuje każdemu miejskiemu badaczowi, jakie powinien mieć podejście do zagadnienia pt. „Miasto”. Jak należy to miasto traktować, jakie pojęcia i jakie metody stosować, jeśli chce się o nim mówić, dyskutować, albo pisać. O co chodzi? Zajrzyjcie do książki, i tak już się za dużo rozpisałem. Ale w końcu „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” ma prawie 500 stron. Trafnych przykładów, zaskakujących stwierdzeń i błyskotliwych porównań jest tam mnóstwo. A Polska jest teraz na takim etapie rozwoju, że nic tylko czekać na „Śmierć i życie miast Polski”.

Jane Jacobs. „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki”. Wyd. Fundacja Centrum Architektury, 2014

 

  28 comments for “8 rzeczy, które mówi nam dziś Jane Jacobs

  1. 19 września 2017 o 22:42

    jestem na tak

  2. 19 września 2017 o 08:21

    umiesz zainteresować tematem

  3. 16 września 2017 o 02:24

    Naprawdę ciekawe

  4. 23 lutego 2017 o 13:09

    spoko napisane

  5. 29 listopada 2016 o 04:24

    nierozdwojenie

  6. 9 listopada 2016 o 04:22

    nieprzestudzony

  7. ~Ania
    1 maja 2015 o 19:26

    Polskie wsparcie dla Ukrainy? doszło już dzięki Prezydentowi… http://www.almoc.pl/img.php?id=3289

  8. ~wiktormarzena
    15 kwietnia 2015 o 11:50

    miliony ludzi wie, co trzeba zrobic, zeby zyc w miescie przyjaznym mieszkancom, ladnym, ekologicznym …etc. Nas interesuje, skad wziac na to pieniadze.

    • ~Piotr Kozanecki
      15 kwietnia 2015 o 11:59

      Paradoks polega właśnie na tym, że propozycje Jacobs, czy późniejsze Jana Gehla, nie są propozycjami drogimi. Chodniki, ścieżki rowerowe, nawet aktywna polityka miasta jeżeli chodzi o czynsze, to nie są drogie rozwiązania, w porównaniu do inwestycji drogowych na przykład. Nie mówiąc o tym, że, jak mówiła mi kiedyś w wywiadzie Bogna Świątkowska: „Tyle samo pieniędzy potrzeba na zbudowanie bardzo dobrej architektury i świetnie zaprojektowanego miasta, jak i na zbudowanie złej architektury i fatalnie zaprojektowanego miasta”. http://wiadomosci.onet.pl/kraj/bogna-swiatkowska-w-polskich-miastach-utopiono-mnostwo-pieniedzy/hbsvb

  9. ~zg
    15 kwietnia 2015 o 11:35

    Boże! Ta kobieta to geniusz! jaki przenikliwy umysł.

  10. ~gaga
    15 kwietnia 2015 o 11:25

    w takiej np. Holandii tez jest nie do życia. Wtryniają wszystkie i jedyne sklepy na 2-3 ulice (mowie tu o miasteczku, nie metropolii), parking podziemny pczywiscie płatny, reszta do chodzenia – deptak. A miasteczko jest rozległe. MIeszkając 2 km od centrum bez samochodu nie da sie życ. Biurowce poza miastem, czesto na polach i terenach przemysłowych. Zeby tam pracować, trzeba miec samochód, brak dojazdu publicznego. REzultat – wieczne korki na austostradach. W duzych miastach sklepy skoncentrowane głownie w centrum, dojechać sie nie da, tranposrt publiczny b. drogi. Reszta miasta sypialnia. Brak duzych centrów handlowych pod miastem czy w osiedlach. Poza tym centrum kazdego miasta wyglada praktycznie tak samo, jesli chodzi o rodzaj sklepów. Tego chcemy??? Uwielbiam Paryz, gdzie wszedzie fajnie sie mieszka, Nowy Jork tez ma duzo sklepów w całym miescie.

  11. ~Marek
    15 kwietnia 2015 o 09:56

    No tak, właściwie to wszystko generalnie wiadomo – poprzez częściowe publikacje masowe, a tym bardziej specjalistyczne, tylko nie wiadomo dobrze, dlaczego jest tak, jak jest. Widocznie potrzebny jest antropolog, psycholog społeczny, socjolog i może kilku prawników.

    Zadziwiające jest to, że nie potrafiliśmy skorzystać z cudzych doświadczeń, które, jak widać, zostały dawno przeanalizowane przez innych ludzi.

    Ponieważ autorka pisała o problemach doświadczanych współcześnie, to pewnie także istnieją odpowiednie książki ww. specjalistów, którzy z drugiego szeregu zajmowali się rozwiązywaniem tych problemów i poszukiwali ich przyczyn.

    Ciekawe właściwie, czy nasi urzędnicy muszą się wykazywać znajomością praktyczną takiego rodzaju publikacji, albo takich jak „O odczuwaniu architektury” Rassmussena; od kiedy i dlaczego…
    „Pattern language”, słynna, znakomita książka o architekturze i jej funkcji społecznej poprzez sposób organizowania przestrzeni w sposób estetyczny i funkcjonalny, powinna być znany w każdym urzędzie gminy, a nie jest chyba nawet przetłumaczona na polski, przynajmniej kilka lat temu nie była.

    I chyba nie jest istotne, czy ten urzędnik ma wyższe wykształcenie, ale czy jest rozsądny i ma poczucie estetyki. Mam nieodparte wrażenie, że polski samokonserwujący się formalizm przyczynia się do wzrostu biurokracji i państwowego bezhołowia.

    Co do samej komunikacji miejskiej w USA, to było tak, że miasta na Północy posiadały znakomitą infrastrukturę tramwajową, gdzie indziej były autobusy. W wyniku zmowy producentów samochodów firmy motoryzacyjne wykupiły spółki komunikacyjne i w ciągu kilku lat je zarżnęły, a tory rozebrano. Po wojnie, chyba w 1948 r., były procesy. Sędzia skazał prezesów za zmowę na zapłacenie po dolarze grzywny, a koncerny – po tysiąc; i na tym się skończyło.

    Ładnie te aspekty widać teraz w obumieraniu Św. Marcina w Poznaniu, tym bardziej, że jest to miasto, którego populacja się starzeje, i z którego ubyło ok. 15% mieszkańców.

    P.S.

    Panie Kozanecki…. zgrabny artykuł i prawdziwie pożyteczny, na poważny temat (i dlatego ma Pan 6 komentarzy, a nie 3000) tylko powinien Pan chyba jeszcze dodać tytuł tej książki i wydawnictwo.

    • ~Piotr Kozanecki
      15 kwietnia 2015 o 10:58

      Dziękuję za pozytywny komentarz i uwagę o książce Pattern langugage, też jej nie widziałem po polsku nigdy. Informacja o książce i wydawnictwie jest na samym dole tekstu, choć rzeczywiście teraz widzę, że nawet tytułu nie ma nigdzie w pierwszych zdaniach, co w tej chwili poprawiam, dziękuję

      • ~Urzędas
        15 kwietnia 2015 o 11:28

        Jeśli chodzi o książkę Alexandra to – http://www.poczytaj.pl/ksiazka/jezyk-wzorcow-miasta-budynki-konstrukcja-alexander-christopher,110661 – urzędnicy czasem czytają.
        Jeśli się jednak chce komuś stawiać zarzuty to może należałoby najpierw sprawdzić na co pozwala prawo i ile ten ktoś może zrobić.
        A odnosząc się do tekstu ~Marka, to właśnie prawnikom zabroniłbym się nawet zbliżać do wszelkich rozstrzygnięć w zakresie urbanistyki i architektury.

        • ~Marek
          15 kwietnia 2015 o 13:36

          1. O! Wydali! 2015!!
          Czyli czytają od tego roku, tak? Nie chodzi tu tyle o urzędników w sumie, ile o decydentów.

          A co do tych specjalistów – chodzi mi o to, żeby ktoś wyjaśnił, dlaczego jako społeczeństwo zbiorowo na to przyzwoliliśmy; jakie są mechanizmy społeczne, psychologiczne, które manifestują się poprzez takie a nie inne kalekie prawodawstwo, co finalnie kończy się, jak widać (pandemia szyldozy, chociażby)

          • ~Urzędas
            15 kwietnia 2015 o 14:01

            Tam na samym dole zazwyczaj jest data pierwszego wydania ISBN: 9788360083703 – 2009-01-27… tak dla porządku.

      • ~marlew
        29 października 2016 o 11:30

        Książka Pattern language (Język wzorców) została z inicjatywy psychologów przetłumaczona na język polski w roku 2008, wydana przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. i do teraz jest w księgarniach do kupienia.

        Pozdrawiam (inicjatorka tłumaczenia)

  12. ~Vimes
    15 kwietnia 2015 o 09:52

    Muszę się pochwalić! Od pięciu lat mieszkam w dzielnicy domów, głównie czteropiętrowych z lat 60-tych i 70-tych XX wieku. Dzielnica osób starszych, moi dziadkowie mieszkali dwie ulice obok. Ja wyprowadziłam się od nich jak miałam 5 lat, ale pamiętam wiele. Prostopadle, na szczycie mojego bloku jest pasaż: sklep spożywczy, apteka, fryzjerka – oczywiście do niej chodzę, z jednej strony przychodnia – oczywiście do niej chodzę, z drugiej strony biblioteka – oczywiście do niej chodzę. Obok kiosk i warzywniak. Za rogiem drugi warzywniak i spożywczy razem – warzywniak super zaopatrzony, sklep rybny, drugi kiosk, kawałeczek dalej – rzeźnik. Wszystko na miejscu. Wszędzie trawa, drzewa, krzewy. Raj dla osób starszych, które nie mają zdrowia i siły by chodzić do marketów. 300m stąd na „głównej” ulicy jest park i kościół. I tam wszyscy się spotykamy, dorośli z małymi dziećmi w ogródku jordanowskim, starsze dzieci biegające same, młodzież, ludzie z psami, babcie siedzące na ławeczce na słoneczku przed południem lub popołudniu godzinkę przed mszą. Ruch samochodowy – trochę między 7 a 8, a największy 16-17 bo wszyscy przejeżdżający zatrzymują się przy „naszych” sklepach, kioskach, aptece. W nocy ulice dobrze oświetlone. Cicha enklawa. Bloki stojące przy dwóch głównych okalających ulicach izolują nas od hałasu, a większość starszych mieszkańców tylko w lato po 20 spaceruje i jest trochę większy ruch, jak to w lato. Przez resztę roku około 19 starsi ludzie wyprowadzają psy, i do domu do 5-6 rano. Reszta wyprowadza tak 21-22. Nieraz o 19, 20 widać tylko pojedyncze osoby i auta. Cisza, spokój. Ja lubię chodzić z psem między 23 a 1, pojedynczy ludzie i auta się zdarzają ale często mogę już puścić swoją psicę bez smyczy, żeby się wybiegała. Jesteśmy prawie w centrum miasta, także autem na zakupu do marketów 5 minut. Tylko pracę mam na granicy miasta i 15- 20 minut autem jadę ale warto. Takich dobrych warunków wszystkim życzę. Miłego dnia.

    • ~Piotr Kozanecki
      15 kwietnia 2015 o 11:12

      A gdzie taka miła okolica istnieje, jeśli można zapytać?

      • ~Vimes
        15 kwietnia 2015 o 11:39

        Włocławek, centrum miasta. Ulica Olszowa, obok Traugutta. Ulice Chopina, Chmielna i Plac Kolanowszczyzny „odgradzają” te stare bloki i zrobiła się taka miła enklawa. Może nie każdy to widzi, ale idąc pieszo z miasta, po przekroczeniu Chmielnej i wejściu przez bramę w bloku ciągnącym się wzdłuż całej ulicy, nagle jest ciszej, spokojniej. Najlepiej to widać w lato w sobotę w nocy, tak o 3-4 jak młodzież wraca z imprez. Taksówki, idące grupki ludzi, hałas. Za bramą – cisza, spokój, nikogo nie ma, dalej ptaki śpiewają. Magiczna chwila.

        • ~kasia
          15 kwietnia 2015 o 11:49

          całe Powiśle jest fajne do życia, osiedle Radna czy Kruczkowskiego (ale w częsci od Tamki). Sama mieszkam teraz na rogu Ordynackiej i Kopernika i zaraz za domem jest cisza i spokój. Niestety taksówki z Foksal robią hałas po nocy i słoje pijane w weekend.

  13. ~realista
    15 kwietnia 2015 o 09:52

    „Zdrowa ulica powinna „żyć” [...] Bezpiecznie jest wtedy, kiedy są ludzie. Ludzie są wtedy, kiedy mają powód, by być.”
    Wiedziano o tym już pół wieku temu. Szkoda, że ta wiedza nie jest stosowana w praktyce. Dziś znowu stawia się dzielnice „sypialnie”, wymierające na większa część dnia, oraz „getta” biurowców, pustoszejące po 17-tej.

  14. ~V-DI
    15 kwietnia 2015 o 09:39

    W Polsce decyzje przestrzenne są funkcją związków businessowo-urzędniczych , a nie rezultatem
    racjonalności i zdrowego rozsądku połączonego z myślą urbanistyczną . Przykłady :
    Złote Tarasy , ” Złota 44″ , Centrum Businessowe za Ośrodkiem Olimpijskim / na terenach
    pod sport i rekreacyjne tereny związane z Wisłą /.

  15. ~Bejrolot
    15 kwietnia 2015 o 09:05

    Fenomenalny tekst, esencja dla rządzących miastami

  16. ~Chino
    15 kwietnia 2015 o 09:03

    Władze miasta to w 99% przypadków śpiące leśne dziadki, które ulegają presji błędnie myślącego społeczeństwa, aby utrzymać się przy korycie. Gdzie się jeszcze da (niewiele już tego zostało), powstają nowe drogi i co za tym idzie parkingi = więcej aut = miasta śmierdzą i stresują, to przykre, tak samo, jak to, że nie uczymy się na cudzych błędach, wielka szkoda:/

  17. ~dade
    15 kwietnia 2015 o 08:35

    Wypisz, wymaluj -> Gliwice

  18. ~bk
    15 kwietnia 2015 o 07:22

    Onet wyróżnił i słusznie. Twój tekst powinien być lekturą obowiązkową dla władz miast. Nie, nie będę pisac o „mieście”, w którym zmuszona jestem mieszkać. A dlatego nie będę pisać, że mi się lekarz zabronil denerowować.
    Pozdrawiam

  19. ~A
    9 kwietnia 2015 o 18:54

    też Tylko co tak śmieszy polskich lekarzy? http://www.almoc.pl/img.php?id=3294

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *