Gdyby burmistrzowie rządzili światem, czyli Barber i jego marzenia

Uwielbiam amerykańskie książki popularnonaukowe i polityczno-ekonomiczne. Są jak hollywoodzkie filmy – choćby miały nie wiem jak ciężką tematykę, zawsze są skrojone na miarę masowego czytelnika. Przechodzą przez taki redakcyjny przemiał, że idee wchodzą do głowy jak gin z tonikiem w letni wakacyjny wieczór. Czasem autorzy trochę przesadzają z przegadaniem, ale trudno, to jest do przebolenia. Do adremu zatem.
gdyby-burmistrzowie-rzadzili-swiatem

Benjamin Barber (tak tak, ten od Dżihad vs. McŚwiat, czyli książki, którą dziesiątki tysięcy humanów znało z tytułu i notatek z wykładów, przygotowanych przez koleżankę z roku) wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł. Państwa i organizacje międzynarodowe nie radzą sobie z takimi globalnymi problemami, jak głód, rozwarstwienie społeczne, wojny, globalne ocieplenie, imigracja, bieda, itp. Zgadzamy się? Zgadzamy. Miasta na całym świecie rozwijają się w kolosalnym tempie, większość mieszkańców globu prędzej czy później skończy w miastach. Zgadzamy się? Zgadzamy. O ile państwo może sobie pozwalać na pewne czasowe nieogarnięcia rzeczywistości (Belgia ileś tam miesięcy bez rządu, itp.), to miasta muszą ją ogarniać cały czas. Musi być zaopatrzenie, musi być wywóz śmieci, musi być prąd, kanalizacja i parę innych podstaw – i to zapewnia nie prezydent ze stolicy, tylko burmistrz z ratusza. Liczy się codzienna praktyka, a nie politykowanie.

Teren Zabudowany na Facebooku – polub nas!

Wychodząc z takiego założenia, Barber proponuje, żeby to wykorzystać i dać więcej światowej władzy burmistrzom i prezydentom miast. Bo oni tak czy inaczej muszą rzeczywistość ogarniać, więc niejako przy okazji, niewielkim wysiłkiem, mogliby się porozumieć i naprawić jakiś globalny problem.

Inspirująca, piękna, naiwna idea. Świetnie, takie powinny być idee. Ale najlepsze w niej jest chyba to, że, po pierwsze, częściowo się nieświadomie już ziszcza, bo miasta na wielu polach już się porozumiewają i współpracują. A po drugie, nie musi być wprowadzana w życie holistycznie. Wprowadzana partiami, w niektórych tylko kwestiach, też będzie miała sens. Ale jej ważną bronią jest też coś innego – ta idea opiera się na RACJONALNOŚCI. Nie na symbolach, przeszłości, narodowej wspólnocie, globalnej ekonomii, chwytliwej teorii, itp. To idea, która proponuje wspólnotę w działaniu, wspólnotę w rozwiązywaniu konkretnych problemów tu i teraz. I to jest w jej najmocniejszy punkt.

Zamiast niezależności – współzależność. Zamiast ideologii – umiejętność rozwiązywania problemów – pisze Barber i dodaje cytat blogera Matthew Taylora: „Kontrast pomiędzy optymizmem komentatorów zajmujących się miastami, a pesymizmem tych, którzy skupiają się na problemach krajowych i instytucjach międzynarodowych, jest uderzający”.

Historia jest po stronie Barbera

Amerykański politolog daje na początek uzasadniający swoją tezę wykład z historii. Który można skrócić tak: u źródeł cywilizacji stoją miasta. Państwa przyszły znacznie później, na początek zawsze wychodziły od miast (Ateny, Rzym), a w swoim obecnym, narodowym kształcie funkcjonują ledwie kilkaset lat. I przestały działać. Barber bezpośrednio pisze, że czas wyrzec się (łolaboga już widzę, jak to komentuje nasza prawica. Oj, prawica Barbera nie polubi) części państwowej suwerenności, bo ona blokuje nam rozwiązywanie globalnych problemów. – Państwa mogą na przykład chcieć dojść do porozumienia ws. zmian klimatu, ale zarazem bać się, że zasady monitorowania będą naruszać ich suwerenność. Mogą chcieć przeprowadzić wspólną operację wojskową, by chronić cywilów podczas jakiejś wojny domowej, a przy tym martwić się, że ich żołnierze będą służyć pod rozkazami zagranicznego oficera, co może rodzić polityczne trudności w kraju. Gdy natomiast Nowy Jork wysyła do Londynu detektywów z wydziału do walki z terroryzmem, ani w Nowym Jorku ani w Londynie, nie budzi to podobnych obaw. (…) Nie ma suwerenności, nie ma problemów. (…) Suwerenność wprawdzie nie osłabła, ale coraz gorzej radzi sobie na scenie międzynarodowej. (…) USA to najpotężniejsze suwerenne państwo, jakie widział świat, ale owa suwerenność stała się wymówką, by Ameryka nie ratyfikowała wielu porozumień przyjętych przez większość państw na świecie - pisze Barber.

Barber słusznie też zauważa, że pragmatyczne spojrzenie burmistrzów na rzeczywistość daje im zazwyczaj duży mandat społecznego zaufania, który owocuje wieloletnimi nieraz rządami. Póki rozwiązują realne, życiowe problemy mieszkańców, póty mogą liczyć na reelekcję. Widać to dobrze także w Polsce, gdzie wielu z nich rządzi już po kilkanaście lat (choć ostatnie wybory przyniosły kilka spektakularnych zmian). Tę pragmatykę, która nie kłóci się z żadną ideologią, Barber podkreśla w całej książce.

Żeby nie było, „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”, to nie jest tylko ogólnikowe filozoficzno-historyczno-polityczne teoretyczne pitolenie. W fascynującym rozdziale „Planeta slumsów” Barber analizuje na przykład przejawy nierówności w miastach, na przykładzie polityki mieszkaniowej, transportu, pracy, bezpieczeństwa, edukacji i… natury. Jeśli chodzi o mieszkalnictwo, przypomina, że „fatalne w skutkach szlachetne wysiłki urbanistów, którzy w ślad za Le Corbusierem zaprojektowali mieszkania dla osób o niskich dochodach w wieżowcach rozlokowanych wśród zieleni, doprowadziły w efekcie do powstania bastionów anonimowości, izolacji i przestępczości”. Nieumiejętna budowa osiedli, prowadzi do patologii i rozwarstwień, nawet jeśli projektant ma dobre intencje. Przy transporcie, zwraca uwagę na nierównomierne obłożenie miasta komunikacją publiczną i budowanie barier z miejskich autostrad i obwodnic – które dla bogatszych stają się arteriami dającymi możliwość dotarcia w dane miejsce, a dla biednych – fosą oddzielającą ich dzielnice od lepszych, położonych po drugiej stronie, bliżej centrum. Kolejnych przykładów nie wymieniam, zajrzyjcie do książki.

No dobra, a jak ten Barber sobie wyobraża te światowe rządy burmistrzów, zapytacie. Ano wyobraża sobie i pisze o tym w ostatnim rozdziale. Generalnie proponuje powołanie światowego parlamentu burmistrzów, ma konkretne propozycje na dobór zasiadających w nim reprezentantów i, co najważniejsze, proponuje, aby żadne głosowania nie miały postaci wiążącej – rozmawiamy, szukamy rozwiązań, wypracowujemy je, ale czy je u siebie wdrożycie, jak wrócicie – wasza sprawa. Taki ten Barber naiwny, no…

Jakby komuś się bardzo nie chciało czytać całości co rozumiem, bo mimo „amerykańskości”, książka jest jednak przydługa i miewa sporo powtórzeń, to polecam przeczytać właśnie rozdział „Globalny parlament burmistrzów” oraz „Planetę slumsów” i „Miasta i brak suwerenności”. I portrety poszczególnych prezydentów, z zastrzeżeniem, że są pisane na ogromnym poziomie ogólności, co widać po dodatkowych kilku stronach poświęconych Rafałowi Dutkiewiczowi i Pawłowi Adamowiczowi.

Piszę tę notkę i czytam, czytam i piszę i coś mi zgrzyta. Fajny jest ten Barber, ale jak on by chciał, żeby polski burmistrz globalnie ogarniał, jak u siebie nie ogarnia? Jak ma się globalnym ociepleniem zająć, jak mu się jego miasto własne w smogu dusi? Jak ma z rozwarstwieniem społecznym i biedą walczyć, jak mu głównie na ulgach podatkowych dla firm i specjalnej strefie ekonomicznej zależy? Jak ma o terroryzmie dyskutować, skoro kibole mu się po jego mieście z maczetami panoszą? Jak ma redukować emisję CO2, skoro kolejne dwupasmówki przez swoje miasto prowadzi? Imigrantów jak ma przyjąć do siebie, jak nowe mieszkanie komunalne ostatnie wybudował w XIX wieku?

Gorzkie i upierdliwe narzekactwo mi się włączyło na koniec – w parlamencie burmistrzów mógłby się polski burmistrz na początek czegoś po prostu nauczyć. A najpierw dobrze, żeby po prostu przeczytał takiego Barbera, żeby wiedzieć, o co pytać.

Benjamin Barber, Gdyby burmistrzowie rządzili światem, Muza 2014

  4 comments for “Gdyby burmistrzowie rządzili światem, czyli Barber i jego marzenia

  1. 24 lutego 2017 o 03:30

    pozdro dla autora, fajnie piszesz:)

  2. 9 listopada 2016 o 07:59

    niepozatwierdzany

  3. ~Lenka
    15 marca 2015 o 12:40

    „pal w łóżku, nie zostawiaj ich bez pracy…”
    http://www.almoc.pl/img.php?id=3117

  4. ~Andrzej
    14 grudnia 2014 o 02:14

    Małżeństwo to wyzwanie, wiesz, że małżeństwo jest jak loteria http://www.almoc.pl/img.php?id=2563

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *