Dlaczego nie zdecyduję na kupno drugiego auta?

Na samym początku chciałem zaznaczyć, że dzisiejszy odcinek nie jest sponsorowany. Ani żadna korporacja taksówkowa, ani MPK, nie zapłaciły mi ani złotówki, choć po lekturze wpisu można odnieść wrażenie, że było zgoła odwrotnie. Nawiązuję tutaj do komentarzy mówiących, że mój poprzedni wpis (Edward Szybki i jego przygoda) był sponsorowany przez Yanosika. Nie był.

Wyobraźmy sobie czteroosobową rodzinę mieszkająca w Krakowie: ojciec, matka, syn, córka. Dzieci chodzą do szkoły, rodzice pracują na terenie Krakowa. Syn jest starszy, do szkoły chodzi sam na piechotę. Córkę do szkoły zawozi mama, autem, w drodze do pracy. Dzieci odbierane są ze szkoły na zmianę przez rodziców, zależnie od pogody i dnia tygodnia. Rodzina ma jedno auto, duże rodzinne kombi. Tata ostatnio dostał podwyżkę, wiec sytuacja materialna rodziny minimalnie się poprawiła. Na cotygodniowej rodzinnej naradzie ustalili, że przydałoby się w rodzinie drugie auto. I tata, i mama dojeżdżaliby do pracy autem, po drodze rozwożąc i odbierając dzieci.

Czy rzeczywiście potrzebne im drugie auto?

Jedno auto w rodzinie wydaje się być koniecznością, wyjazdy na wakacje, na weekendy, codzienne rozwożenie dzieci do szkół, na popołudniowe zajęcia, zakupy. Ale co z drugim? Może to fanaberia? Może zbyteczny luksus?
Zapraszam teraz do prześledzenia poczynionych przeze mnie kalkulacji. Są to kalkulacje ogólne i szacunkowe, jednak rzucające pewne światło na kwestie posiadania dwóch aut.
Wspomniana rodzina dysponuje budżetem w wysokości około 350 zł miesięcznie na utrzymanie dodatkowego samochodu, sam zakup pojazdu sfinansowany byłby z konta oszczędnościowego, gdzie mieli odłożone pieniądze na specjalną okazje.

Najpierw trzeba zatem kupić drugie auto. Zakładam, że rozważamy zakup auta niedużego, maksymalnie dziesięcioletniego, o wartości do 20 tysięcy złotych. Proponuję jakiś popularny model, na pewno znajdziemy dobry egzemplarz. Opel Astra, Skoda Fabia, a może ciut droższy Volkswagen Golf? Dobrze, niech będzie Golf. Na Allegro jest w tym momencie około 300 Golfów w cenie od 19 do 21 tysięcy złotych, zakładam, że udaje się wybrać auto, które będzie rzeczywiście takie, jak je opisano w ogłoszeniu. Bezwypadkowe, krajowe, zadbane. Auto idealne. Olej wymieniony, rozrząd zrobiony, świeżo po przeglądzie. Nic tylko lać paliwo i jeździć. Takie auto można kupić za 20 tysięcy, za pięć lat sprzeda się je o co najmniej o 5 tysięcy taniej. Przyjmijmy, że OC i AC na rok kosztuje 1000 zł, olej wymieniamy raz na dwa lata za 100 zł, zmieniamy dwa razy w roku opony, w sumie też za stówkę. Za obowiązkowy przegląd też płacimy 100 zł. Załóżmy, że auto przez pięć lat nie będzie się psuło (w końcu kupiliśmy „zadbanego pewniaka”!), a koszty poniesione na elementy eksploatacyjne (zawieszenie, klocki hamulcowe, płyn do spryskiwacza itp.) nie przekroczą 300 zł rocznie. Jeździć będziemy mało, nie więcej niż 600 km miesięcznie, więc na paliwo wydamy około 200 zł. Czyli, podsumowując, miesięcznie na auto wydamy około 330 zł. Jeżeli do kosztów dodamy 5 tysięcy (o tyle w najlepszym wypadku auto straci na wartości przez 5 lat), to koszt przez 5 lat wyniesie aż 413 zł miesięcznie.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to bardzo dobra wiadomość dla „naszej” rodziny. Stać ich! Mogą kupić auto! Można jednak się zastanawiać, 330 zł miesięcznie to spore pieniądze, co innego mogą za nie kupić?

Okazuje się, że te 330 zł miesięcznie można wydać na taksówki, starczy aż na 22 kursy przeciętnie po 15 zł. Oszczędzone 20 tysięcy można przeznaczyć chociażby na wyjazdy wakacyjne.
Przez kilka ostatnich miesięcy przeprowadziłem eksperyment. Zamiast autem, w mieście jeździłem jedynie na rowerze, taksówkami i w ostateczności komunikacją miejską. Okazało się, że wystarczy mieć do dyspozycji auto w weekendy i popołudniami na zakupy. Codzienne przejazdy do pracy z powodzeniem udawało się zorganizować w inny sposób. Okazjonalnie, w ramach potrzeb, zamawiałem taksówkę. Gdy padało, gdy miałem więcej niż zwykle rzeczy do przewiezienia, gdy mi się spieszyło. Średnio z usług taksówek korzystałem 8-10 razy w miesiącu, łącznie wydając nie więcej niż 200 zł miesięcznie. W pozostałe dni dojeżdżałem do pracy autobusem lub na rowerze (także tym miejskim, który przy krótkich trasach jest za darmo!). Na koniec eksperymentu wyliczyłem, że nie wykorzystywałem całego budżetu, oszczędzałem około 100 zł miesięcznie!

Wnioski? Koszty utrzymania auta są naprawę wysokie. Jeżeli dodatkowo weźmiemy pod uwagę utratę wartości auta z czasem, miesięczne koszty wyniosą kilkaset złotych. Jeżeli zdecydujemy się na droższe auto, i przykładowo będziemy mieli dodatkowo pecha i będziemy musieli pokryć koszty nieprzewidywanych napraw, to wydatki będą jeszcze wyższe. Ile razy będziemy mogli za te pieniądze zamówić taksówkę? Zmiennych tego równania jest tak wiele, że nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Jednak proste kalkulacje pozwalają w przybliżeniu określić kwotę, którą oszczędzimy nie kupując auta. Łatwo też da się wyliczyć ilość przejazdów taksówką, biorąc pod uwagę odległość do pracy.
Taka kalkulacja może zadziałać jak kubeł zimnej wody. Może się okazać, że bardziej opłaca się jeździć taksówką, niż własnym autem! Plusów jest wiele, odpadają problemy z parkowaniem, z tankowaniem, przeglądami, naprawami. Taksówkę zamawiamy w trzy sekundy przez odpowiednią aplikację na telefonie, często też jedziemy autem nowszym i lepszym niż to, na które nas stać. Rower miejski można pożyczać prawie za darmo, jeżeli podróżujemy na krótsze dystanse. Można też rozważyć zakup roweru za kilkaset złotych, dzięki niemu parkować będziemy pod samym domem i blisko pracy, a koszty eksploatacyjne są bliskie zeru.

Zanim kupimy drugie auto, proponuję więc rozważyć co się bardziej nam opłaca. Hybrydowe rozwiązanie składające się z usług MPK, siły naszych mięśni (rower!) oraz taksówek, czy mimo wszystko drugie auto.

  213 comments for “Dlaczego nie zdecyduję na kupno drugiego auta?

  1. 16 września 2017 o 15:35

    czytałem z zapartym tchem

  2. 16 września 2017 o 01:51

    hehe dobre

  3. 7 marca 2017 o 13:45

    Słowa uznania dla autora, masz talent:)

  4. 29 listopada 2016 o 04:30

    niepowlekanie

  5. ~Marcin
    23 listopada 2016 o 14:03

    Nie zgodzę się z tym do końca. Po co kupować auto za 20 tys do drobnym dojazdów jako drugie auto w rodzinie i po co ma być to auto takie duże typu astra, nie lepiej rozejrzeć się za czymś małym z segmentu A – bardziej zadbane auta i nieco tańsze w zakupie no i oczywiście części dużo tańsze do nich, opony mniejszy rozmiar liczniki raczej nie kręcone. Zawsze mieliśmy jedno auto w rodzinie ale dwa lata temu z racji że prowadze firme i dużo jeźdze a żona sporadycznie potrzebuje samochodu czesto jak mnie nie ma kupiliśmy zadbanego daewoo matiz za 2,5 tys zł z małym i pewnym przebiegiem 60 tys km. I wiecie co? koszty poza zakupem i paliwem praktycznie żadne ubezpieczenie niskie bo i wielkość silnika mała zaledwie 796 cm2, opony całoroczne więc odpada wymiana, z kosztów eksploatacyjnych do tej pory tylko rozrząd za 355 zł (tak to tylko matiz nie BMW) i zabezpieczenie progów przed rdzą samodzielnie więc tylko koszty prądu i materiałów. Myślałem żeby ograniczyć koszty na paliwo zakładając instalacje lpg (w moim pierwszym aucie mam lpg a zaoszczędzone pieniądze wydam za pare lat na jego wymiane gdy uznam że jest już zbyt wyeksploatowany) ale przy przebiegach 5 tys km rocznie i i w miarę niskim spalaniu uznałem że nie ma to sensu. Nie liczyłem ile wychodzi nas miesięcznie utrzymanie matiza ale jedno jest pewne – za symboliczną kwote ja mam święty spokój a żona jest niezależna no i dzieci w środku zimy nie muszą 2 km wracać po ciemku ze szkoły

  6. ~jani
    22 września 2015 o 18:30

    Do wiekszej świadomości posiadania auta dopiero dojdziemy. Jak w Danii. Zobaczcie w google earths miasta duńskie (street view) jakie tam auta są – małe, małolitrazowe. Wiem, Dania, wysokie podatki itp. Powoli, jak przejdziemy z dzikiego kapitalizmu, jak wszystkie pokolenia bedą już urodzone w wolnym rynku – przyjdzie inny styl życia i posiadania. Ale na to trzeba jeszcze troche poczekać, drodzy posiadacze aut !!!

  7. ~husky
    22 września 2015 o 14:26

    Niestety ale nie bardzo się zgadzam. Mieszkam w Częstochowie, niby mniejszej dużo od Krakowa, ale jeżdżenie komunikacją czy rowerem ? Wątpliwe. Taksówka z jednego końca miasta na drugi kosztuje ok 38 zł. za 100 zł są 3 kursy max.
    Nawet moi rodzice mieszkają 11 km ode mnie i przeprawa od nich rowerem, to kompletna lipa (bardzo niebezpieczne przelotowe arterie miasta), a komunikacją miejską z czasami oczekiwania na przystankach zabiera mi to ok godzinę do półtorej ! Kompletna bzdura.
    Pracuję 25 km pod Częstochową, rowerem to bym tam zajechał za wieczność (olbrzymie wzniesienia po drodze – w końcu Jura Krakowsko – Częstochowska…., Taksówka kosztowała by chyba ze 100we, a samochodem jadę ok 20 minut. Komunikacja publiczna….wogóle tam nie kursuje ! Jakieś 2 PKSy na dobe w dziwnych porach.
    W Polsce jest kiepska komunikacja publiczna i niskie zarobki (na taxi np…) dlatego wszyscy jeżdżą tu samochodami (czasem w rodzinie są 4) i tak to wygląda.
    Ja osobiście na ciepłe dni mam jeszcze skuter 125 ccm, więc czasem nie stoję w korkach tylko sobie jadę…spalając 2,5 litra na setke…. polecam

  8. ~Alex
    17 września 2014 o 18:36

    Ja jeżdżę smartem w cdi, nowy model. Spalanie 3,5-4l/100km ropy. OC kosztuje mnie 138zl rocznie. Mam klime, automatyczna skrzynie biegów lub ręczna w łopatkach przy kierownicy, jednymi słowy full opcja. Mieszkam w Warszawie. Jeśli jest ładna pogoda to poruszam się rowerem z dolafowaniem elektrycznym – jeszcze lepsza frajda z jazdy niż autem,90km zasięgu, prędkość maksymalna 65km/h. Spod świateł ruszam 1 ;)

  9. ~Proszku
    17 września 2014 o 08:22

    Witam,
    Mieszkam w okolicy Krakowa. Jeżdżenia do pracy MPK sobie nie wyobrażam. W samym Krakowie ok, ale z miejscowości obok autobusy kursują już o dziwnych godzinach. O weekendach nie wspominam. Do centrum Krakowa mam ok 15 km, koszt taksówki to jakieś 80zl – odpada. Rodzina 3 osobowa, ja i rodzice. Do niedawna mieliśmy 4 samochody – każdy auto na codzień, plus ja jedno hobbystyczne nabweekendy, dodatkowo mam jesZcze auto służbowe. Zarabiam sporo poniżej średniej krajowej, miesięcznie robię ok 2 tys km i z utrzymaniem auta nie mam problemów. Hobbystycznego musiałem sie pozbyć – było najstarsze, w zakupie najtańsze, ale spalanie było wysokie, części rownież, o oponach nie wspomnę. Ale przez cały okres użytkowania zdawałem sobie jasno sprawę z tego ze to auto z przeznaczeniem do sportu i mające dawać tylko przyjemność z jazdy. Z resztą tak wlasnie traktuje jazdę każdym samochodem. Pozdrawiam

    • ~Dominik
      17 września 2014 o 11:13

      A dlaczego sobie nie wyobrażasz jazdy MPK? Ja dojeżdżam choć mam samochód. Chciałbym tylko, by władze mojej gminy uczciwie wywiązywały się ze swojego obowiązku organizacji publicznego transportu – zarówno mi, jak i wielu innym byłoby wtedy łatwiej.

      • ~Proszku
        17 września 2014 o 15:38

        Przez moją miejscowość przejeżdżają autobusy trzech linii, z tym ze każda jedzie w to samo miejsce Krakowa i wszystkie jadą o tej samej porze. Niestety jest ona taka ze chcąc zdążyć na 7, musiał bym jechac o 5. Mając rownież nienormowany czas pracy, powrót jest utrudniony. Studiuję w weekendy, a w tedy rozkład jest jeszcze bardziej zwariowany

        • ~Dominik
          18 września 2014 o 18:37

          Naciskać na gminę – nic innego nie zostaje

  10. ~Romek
    16 września 2014 o 18:02

    Jak kogos nie stac na auto to niech nie kupuje. I tyle. A ja bede sobie po bulki jezdzil autem 300m.

  11. 16 września 2014 o 15:04

    Świetnie napisany tekst, dużo ważnych i celowych informacji, z których warto skorzystać. Może gdybym przeczytała kilka miesięcy wstecz to nie kupiłabym – jako drugiego w rodzinie – auta. Jednak mam niezaprzeczalną wygodę, że chyba jednak nie. Mam zdecydowanie więcej czasu, jestem bardziej mobilna i przez to mogę trochę więcej zarobić i nigdzie nie spóźniać się pomimo warszawskich korków. Korki nie są tak straszne, wszystko zależy gdzie w Warszawie poruszamy się – zdecydowanie mogę unikać ścisłego centrum Warszawy. Firmy, z którymi współpracuję są – na szczęście – poza Centrum. Poza tym nie trzeba pchać się na główne ulice, świetnie i szybciej można dojechać do celu małymi uliczkami. Najlepiej jednak mieć większość pracy przy komputerze i pracować zdalnie, a jechać kiedy to jest niezbędne. Pozdrawiam i zapraszam na moją stronę: http://www.mozgojazda.wordpress.com

  12. ~JANKUTAS
    16 września 2014 o 14:35

    A JA SIEDZĘ SE W CHAŁUPIE I MAM WSZYSTKO W DUPIE.
    ZIMNY BROWAR SOBIE PIJĘ I TAK SOBIE DOBRZE ŻYJĘ.
    I NIE JEŻDŻĘ ROWERAMI LECZ DOBRYMI TAKSÓWKAMI
    ZAMIAST PALIWO KUPUJĘ PÓŁLITROWE SZKLIWO
    KOLO MNIE LEŻY MŁODA SUPER LASKA
    MI JĘZYCZKIEM WACKA TRZASKA!
    jan malinowski

  13. ~krakowiak
    16 września 2014 o 14:27

    Kraków jest bardzo ciężki do jazdy samochodem szybciej przemieszcz się człowiek komunikacją zbiorową (wydzielone pasy ruchu) lub rowerem, motorem a czasem pieszo – zwłaszcza w centrum
    Wnioski autora są bardzo trafne a to że w innych miastach wygląda to inaczej to inna sprawa.
    Słyszałem kiedyś że Kraków ma najlepszą komunikjację miejską w europie – nie sprawdzałęm ale coś w tym jest

  14. ~Realistka
    16 września 2014 o 14:26

    Witaj,
    Nie wiem w jakim mieście żyjesz, ale przejazd taksówką za NIE WIĘCEJ niż 15 zł? Przejazd autobusem ZA DARMO na krótkich dystansach? Chyba się przeprowadzę do Twojej miejscowości, bo tu gdzie mieszkam, za 15 zł to przejadę taksówką max 3km (pamiętajmy o opłacie początkowej +/- 8zł), do pracy mam 10km – wyniosłoby mnie to 30-40zł.. Nawet za przejazd autobusem o 1 przystanek musisz skasować bilet, gdzie ulgowy kosztuje 1,50zł, normalny 2x więcej, czyli 3,00zł. Kupić rower? Jak wiele jest słonecznych dni, bez deszczu i z odpowiednią temperaturą, aby można było spokojnie pojechać i WRÓCIĆ do domu nie łapiąc przy tym zapalenia płuc?
    Trójmiasto pozdrawia

    • 6 marca 2015 o 23:30

      Chyba trochę przesadza, nikogo nie namawiam na jazdę w zimę jeśli tego niechce, ale w pozostałych letnio wiosenno jesiennych miesiącach naprawdę na palcach jednej ręki mogłem policzyć dni kiedy padał deszcz i byłem zmuszony jechać ziorkobusem. Oczywiscie parę razy wracalem tez z pracy kiedy padal deszcz, mam pare km wiec nie jakis wielki dystans, i co troche miałem mokre mogawki spodni, ale to chyba normalne bo deszcz w koncu, ale co, żyje, nie mialem zapalenia pluc, nawet sie nie przeziebilem. Jezdzilem do pracy nawet zimę, przy mrozach, slyszałem że ludzie chorują, że jakieś wirusy panujal, tylko się dziwiłem gdzie, bo ja na rowerku i nawet bez kaszelku. Ale prawda jest taka że kto ma wielki tylek, pali papierosy i piierdzi t zawsze znajdzie 10000000000 agumentów byle tylko niechać rowerem

  15. ~maczb
    16 września 2014 o 14:15

    Można się zgodzić i nie jak prezydent Wałęsa jestem za a nawet przeciw.
    Wszystko zależy gdzie się mieszka i jaką ma się rodzinę, W moim przypadku dzieci 8 i 10 lat, odległość do szkoły 10 km na treningi dzieci 8 km, do pracy 20 km (dojazd do pracy autem średni czas wraz z podwózką dzieci do szkoły to 30min). Transport podmiejski raz na godzinę jedzie na pętle miejską i później przesiadka (ten autobus jedzie tam 45 min bo jeździ po całej okolicy) ja autem dojadę na ta pętle w 8 min :).
    Więc w moim przypadku totalnie odpada: dziecko raz wracało z treningu komunikacją miejską trwało to ponad półtorej godziny, mi zajmuje to wraz z wyjazdem z domu max 20 min.
    Do tego niestety brak ścieżek rowerowych.
    A więc wiele zależy od miejsca i warunków egzystowania

    Pozdrawiam

  16. ~wk
    16 września 2014 o 14:02

    Wszystko ladnie i pieknie jak jezdzimy tylko do pracy po miescie i na zakupy.a jak chce sie gdzies dalej jechac i nie tracic czasu?pksem lub pkp?haha.albo na weekend za miasto z torbami?od tego sa auta.do pracy to skuterem mozna jezdzic…

    • 6 marca 2015 o 23:35

      hahaha wiesniaki jadą na weekend z torbami bo ta wiozą mieso ma grila, ja natomiast jadę na wekend do spa z mała torba turystyczną, biore tylko gacie skarpety i jakis podkoszulek, wiecej mi nie trzeba

  17. 16 września 2014 o 13:14

    Zgadzam się z Czarkiem. Oszczędność czasu jest dużo ważniejsza. W Polsce auto jest tanie w utrzymaniu. W takiej UK jest to już większy wydatek, nawet w stosunku do zarobków.

  18. ~Czarek
    16 września 2014 o 12:56

    Nie ważne jakie koszta, liczy się wygoda, komfort, swoboda, mobilność, bezpieczeństwo i przede wszystkim OSZCZĘDNOŚĆ CZASU. Te kwestie są bezcenne. Nie można ich przeliczać na kasę.
    Piszesz, że koszta utrzymania auta w Polsce są wysokie? Mieszkam w Edmonton, w Kanadzie, i: OC – $1800 rocznie, olej 3x w roku (myślałem, że źle przeczytałem, że uwzględniasz raz na dwa lata…) po około $150 jedna zmiana, total $400, średnio 2 zdjęcia z fotoradaru rocznie za 10km/h over po $100 każdy, opony ze zmianą (jeżdżę tylko na zimówkach) $1200 raz na dwa lata – opony nowe nie z demobilu bo dbamy o auto, czyli $600 na rok. Parkomaty sporadycznie $120 na rok. Total $3120 rocznie, czyli $260 na miesiąc nie licząc benzyny. Benzyna raz na tydzień za $60 czyli dokładnie drugie tyle. Total $520 na miesiąc utrzymanie auta + klocki hamulcowe + myjnia + inne. Stanowi to AŻ 20% moich zarobków. Mogę kupić bilet miesięczny na komunikację miejską za mniej niż $100 na miesiąc (ba, mogę nawet skserować za dolara jak inni robią). I NIGDY, PRZENIGDY nie odstawię samochodu, nawet jeśli koszta miałyby być dwukrotnie wyższe.
    Czytając artykuł odniosłem wrażenie, że nigdy nie posiadałeś auta i mieszkasz na wsi gdzie do sklepu masz przez ulicę a do pracy idziesz na pole. Sorry, ale totalne bzdury.

    • ~moniak53
      16 września 2014 o 13:30

      Moje podejscie jest zupelnie odwrotne niz Pana Czarka z Edmonton. Przez 30 lat jezdzilem samochodem, w Gdansku i w Sztokholmie (mieszkam w dwoch miejscach).
      Kiedy przeprowadzilem sie do miasta (w Sztokholmie) auto powoli zaczelo sie stawac utrapieniem. Korzystalem coraz rzadziej, bo okazywalo sie zbyt czesto ze dojaz na rowerze, badz komunikacja miejska, jest znacznie wygodniejszy, no i tanszy. Przez trzy lata przyzwyczajalem sie do mysli zeby samochod sprzedac. Nie bylo to latwe, kiedy trzydziesci lat nabralo sie nawyku i bylo sie przyzwyczajonym ze auto stoi pod domem. W mojej sytuacji doszly problemy z parkowaniem w miescie, oplaty za parkowanie, mandaty, bo tez sie zdarzaly.
      Zyje od piecu lat bez samochodu i przez dzien nie odczulem jego braku. Zarowno w Sztokholmie jak i w Gdansku poruszam sie na rozwerze, kolejka i autobusami. Dla mnie, poza samymi kosztami, samochod stal sie przezytkiem. Moze dla innych to brzmiec jak herezja, ale ja stwierdzilem, ze w moim przypadku, sumujac wszystkie korzysci i minusy, bycie bez samochodu ma wiecej zalet.
      Wiem, ze w Kanadzie i wielu innych krajach poza Europa, komunikacja miejska jest bardzo ograniczona i nie wygodna do codziennego uzytku. W Polsce, Szwecji i pozotalej Europie jest jednak zupelnie inaczej.

      • ~Czarek
        16 września 2014 o 13:45

        Komunikacja miejska nie jest mocno ograniczona u mnie, rzekłbym, że podobna do Szczecińskiej, a nawet lepsza. Autobusy potrafią jeździć dosłownie co kilka minut. Inna sprawa jak ma się do przebycia 2km w jedną stronę lub 20km albo więcej, bo wówczas może stać się to mocno uciążliwe. Pomijam też kwestię godzin w jakich się pracuje, jeśli typowo biurowa opcja 8-16 czy 9-17, to komunikacja autobusami jest możliwa, co innego w przypadku 16-24 gdzie może być kłopot z powrotem. Inną kwestią jest, że w Edmonton zimą potrafi być zimno, jak w styczniu w tym roku było -37 + czynniki chłodzące wiatru to wychodzi koło -50… W tym przypadku życzę powodzenia z usług komunikacji, zwłaszcza czekania na przystanku i dojścia do niego… Jeśli można zdalnie uruchomić auto 10-15min wcześniej by się nagrzało…

    • ~czyżby
      16 września 2014 o 13:34

      Oszczędności czasu? Pod koniec lat osiemdziesiątych ub. wieku w Los Angeles zrobiono eksperyment. Dwie osoby miały dojechać do miejsca pracy od mieszkania na peryferiach do pracy w centrum. Jedna samochodem, druga rowerem. Zaczęli równocześnie. Oczywiście na początku zmotoryzowany odstawił rowerzystę daleko od siebie. Ale, w miarę zbliżania się do centrum przewaga malała. Kierowca stał na światłach, ograniczenia ruchu (tu zakaz skrętu w tę stronę, co trzeba na przykład). Rowerzysta jechał, a mógł skrócić sobie drogę przejeżdżając miejscami, gdzie samochód fizycznie nie przejedzie (jakieś przejścia między budynkami i temu podobne). Rowerzysta dojechał do pracy szybciej. Od tego czasu minęło jakieś 30 lat. Przecież samochodów w mieście przybyło, ale dróg już nie. To nie tak. I nie jest przypadkiem, że są miasta w Europie, gdzie opłaca się wprowadzić DARMOWĄ komunikację publiczną, ale nie wpuszczać aut do centrum miast. Zresztą, efekt jest widoczny już i u nas. Centra dużych miast są de facto zablokowane, zaparkować gdzieś tam graniczy nieraz z cudem. Rozwiązania proponowano różne: np. kilku sąsiadów dojeżdża jednym autem do pracy. Może zadziałać, jak pracują w tej samej firmie, jeszcze w tym samym dziale. Jak w różnych firmach, a nawet działach, to się może tak zdarzyć, że będzie jak przyjechać, ale już nie będzie jak wrócić (ktoś musiał zostać dłużej z jakichś przyczyn). Nasze miasta powstawały w czasach, gdy samochód albo był luksusem, albo nawet, jak nie, to było ich względnie mało. Teraz jest ich coraz więcej, a pojemność miasta się nie zwiększa.

      • ~Czarek
        16 września 2014 o 14:04

        Jeśli weźmiemy pod uwagę typowo biurową opcję, że pracujemy w centrum w godzinach między 7 a 17 i miasto jest w ciepłym klimacie tak jak Los Angeles to rower będzie szybszy, tylko w pracy musimy mieć prysznic i szafkę z nowymi ciuchami :) Inna kwestia, że po pobycie w LA przestałem kompletnie narzekać na warszawskie korki… (autostrada po 6 pasów w każdą stronę i średnia prędkość 2km/h…)

        • 6 marca 2015 o 23:43

          po relaskowej przejadzce 5 km do pracy jest potrzebny prysznic, chyba jak sie ma nadwagę

  19. 16 września 2014 o 12:55

    Panie Premierze, jak żyć?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *